Wstęp

To była jedna z moich pierwszych nocy w Meksyku. I pierwsza noc, kiedy miałam zupełnie sama wziąć ostatnie metro i wrócić do domu. Przez głowę w każdej sekundzie przebiegały mi wszystkie meksykańskie tragedie, wszelkiej maści porwania i narcos, rady i przestrogi oraz krzyczące z pierwszych stron dzienników ilości ciał znalezionych ostatniej nocy w Veracruz. Wkładałam we wszystkie te scenariusze moją wylęknioną osobę, a same scenariusze umieszczałam w najbliższej swej przyszłości, kiedy z knowań i planowań wyrwało mnie głośne kichnięcie staruszka, który siedział w wagonie tuż obok mnie. Instynktownie powiedziałam mu „salud” (na zdrowie). Staruszek podziękował i zaczął mnie wypytywać, skąd jestem, nazywać mnie Eleną Poniatowską (to pisarka meksykańska polskiego pochodzenia), słodko bać się mojego pierścionka ze smokiem i przedstawiać mnie całemu wagonowi. Wszystko ze swoją dziewięćdziesięcioletnią manierą starego dżentelmena, pięknymi meksykańskimi zmarszczkami oraz staroświeckim garniturem i laseczką.

Kiedy miałam się przesiadać, staruszek zaoferował mi odprowadzenie na kolejny peron oraz swoje ramię, pod które go wzięłam i dziarsko ruszyliśmy w paszczę metra. On, niższy ode mnie o głowę, i ja, jedyna blondynka o tej godzinie w meksykańskim metrze. Na ruchomych schodach ni z tego ni z owego obskoczyła nas grupa klownów. I naraz zaczęli wyjmować sztuczne kwiaty z uszu, nosa i rękawów dziadka! I mnie te kwiatki z całą przerysowaną uprzejmością i lekkim ukłonem dawać! Całować po rękach, zawstydzać się na moje spojrzenia, robić dziadkowi psikusy! Taką wesołą ferajną ruszyliśmy na mój peron i taką wesołą ferajną zostałam wepchnięta do swojego wagonu. Na odchodnym krzyknęłam dziadkowi, że to wszystko jest magiczne. On powiedział cicho: „Bienvenida a México Mágico” (Witaj w magicznym Meksyku). Drzwi wagonu zatrzasnęły się. Zostałam sama z plastikowym kwiatkiem w dłoni. Już się nie bałam. Od tego momentu tylko kochałam. Wszystko. Moje Mexico Magico.

To nie jest typowe love story. Żadne kwiaty i serenady. Meksyk nie przynosi śniadania do łóżka. Soundsystem Manik B z San Cristobal de las Casas śpiewa w jednym ze swoich utworów, że "Mexico" jest nie tylko "magico", ale i "tragico". Moja mama mówi, że ludzi z wadami, rysami, osobistymi tragediami kochamy bardziej. Przez swoje wady są nam bliżsi. Są ludzcy, są prawdziwi. Meksyk kocha, nienawidzi, pije i tańczy do utraty tchu. Meksyk nie udaje, Meksyk żyje.

Laureat Nagrody Nobla Octavio Paz pisze, że dla Meksykanów "grzech leży w głębi natury ludzkiej". Ich sposób patrzenia na świat różni się od myślenia "świata zachodniego" (nazwijmy go umownie w ten sposób), gdzie każda styczność z grzechem jest już pokalaniem. Obce rasy, religie, idee, zwyczaje zawierają już w sobie pierwiastki zguby, więc najlepiej unikać ich jak ognia. Meksykanie, zarówno dawni jak i współcześni, wierzą z kolei, że nie można powiedzieć, że kwiat jest silny i zdrowy, jeśli rośnie pod kloszem. Trzeba wystawić go prosto w wiatr, by przekonać się, czy na pewno się nie złamie. Bez kontaktu zdrowie nie istnieje. Aztecka bogini Tlazolteotl jest zarazem boginią urodzaju, jak i nieczystości, łaźni parowych, zmysłowej miłości i spowiedzi. Jest boginią grzechu i jego zmazania. Brudu i oczyszczenia. Meksyk jest prawdziwym człowiekiem, który żyje prawdziwym życiem. Życiem niepozbawionym oczywiście wad, grzechu i tragedii. Skonstruowałam sobie właśnie w Meksyku taką moją prywatną mądrość, która brzmi "Dura vida pero pura vida" ("Ciężkie życie, ale prawdziwe"). Piękna płynącego z małych życiowych radości nauczyłam się już dawno, w Meksyku nauczyłam się kochać życie całościowo, na dobre i złe. W Ameryce Środkowej na pytanie "Jak się masz?" odpowiada się właśnie "Pura vida". Nie ma dobra, nie ma zła, jest samo życie. I jest to tam jak najbardziej pozytywna odpowiedź.

Wierzę, że Meksyku nie da się oglądać przez klosz. Klosza turystycznych autokarów, papierowych przewodników, obiektywów aparatów fotograficznych. Jestem o tym głęboko przekonana. Trzeba wsiąść do tego ostatniego metra. Postraszyć staruszka pierścionkiem w kształcie smoka. Dlatego oddałam się Meksykowi bez reszty. Dałam się wciągnąć. Zaplątać. Stańczyłam całą noc i buty z połową miasteczka w kałużach piwa pod kolumnadą na Zocalo. Od Indianek, które sięgały mi do piersi, na lokalnych targach uczyłam się przyrządzać meksykańskie potrawy. Łowiłam ryby z rodziną rybaka na małej wysepce Boca del Cielo. W mieszkaniu lokalnego dilera uczyłam śpiewać jakieś szemrane towarzystwo polskich przyśpiewek weselnych. Zbierałam pejotl na pustyni Wirikuta z całą wioską Huiczoli. Z gejowskim małżeństwem byłam w mafijnym klubie pełnym wypchanych zwierząt. Pozowałam meksykańskiemu malarzowi. Byłam menedżerką tras koncertowych po Meksyku. Dostałam się do finału konkursu tańca na scenie karnawału w Veracruz. Wystąpiłam w meksykańskim programie kulinarnym. Pracowałam tu i tam. Zalegałam w bibliotekach, księgarniach, internetach. No i przede wszystkim rozmawiałam z ludźmi. Zadawałam szatańsko wiele pytań. A czasem po prostu milczałam. Uczyłam się śpiewać, tańczyć, gotować, kląć po meksykańsku. Wchodziłam ludziom do kuchni, do łóżka, do życia. Moja meksykańska miłość to właśnie ci zwykli ludzie i niezwykłe z nimi spotkania.

________________________________________________________

Nazywam się Ola Synowiec, pochodzę z Kozienic w województwie mazowieckim, skąd w 2004 przeprowadziłam się na studia do Warszawy. Tam dwukrotnie obroniłam magistra (z filologii polskiej i kultury Ameryki Łacińskiej) i imałam się przeróżnych prac oraz aktywności. Byłam współzałożycielką grupy Totutotam, która przez lata organizowała slajdowiska podróżnicze oraz imprezy kulturoznawcze. Zakochałam się w warszawskiej Pradze Północ, gdzie organizowałam festiwal Urodziny Pragi. Pisałam warszawskie niusy, uczyłam polskiego obcokrajowców, robiłam własnoręcznie kolczyki i zabawki,  rysowałam, pracowałam w super knajpie na Pradze, w telewizji internetowej i w kilku innych miejscach.

Do Meksyku wybrałam się pierwszy raz po skończeniu studiów latynoamerykańskich, w 2011 roku. Od tamtej pory przyjeżdżam tu regularnie, od listopada 2015 jestem tu na dłużej - pracuję nad książką o Meksyku, która w pocie czoła powstaje. Podróżować, najczęściej stopem, zaczęłam 10 lat temu i od samego początku pisałam na ten temat bloga. W którymś momencie stwierdziłam jednak, że nie chcę tak wszystkiego, po trochu, po omacku, po powierzchni. Zdecydowałam, że jeśli chcę czymś zajmować internetową przestrzeń, to powinnam robić to trochę porządniej. Dlatego postanowiłam skupić się na Meksyku. Czytać prasę, literaturę, dużo rozmawiać z ludźmi.

Starać się zrozumieć, zanim zdecyduję się oceniać. Starać się nie generalizować i nie porównywać, bo przecież "wszystko jest bardziej skomplikowane". Pisać tak, jak chcę pisać, a jak raczej nie mogę pisać dla magazynów, z którymi współpracuję. Za długo, za rozwlekłe, za detalicznie, za nudno i za dygresyjnie. No i z uczuciem, sercem, serduchem. Które bije dla ogromu i niezwykłości tego świata. Dla ludzi, którzy mimo wszelkich przywar człowieczej natury i procesów rządzących tym światem udowodniają, że ziemia może być dobrym miejscem do życia. No i dla Mexica Magica, oczywiście ;)