środa, 27 lipca 2016

Taka z ciebie antropolog, czyli walki kogutów w Oaxace

"Tutaj podróżuje kogut, który czuje ducha walki. Niech żyją nasze meksykańskie tradycje!" - głosi napis na pudełku, którym na walki kogutów przyjechał jeden z ptasich czempionów.
- Jest warty 4 tysiące pesos" - mówi z dumą jego właściciel, który po ważeniu ptaka przymocowuje mu do nogi wykrzywione ostrze. To ono sprawi, że już niedługo na ringu pojawią się kałuże krwi.

Brutalne walki kogutów są w wielu miejscach w Meksyku częścią lokalnej tradycji, powodem do dumy oraz stałym elementem fiest i uroczystości.



Gabriela spotykamy dosłownie w chwili, kiedy zajedziemy do Huautli de Jimenez, zaparkujemy samochód i wyjdziemy z samochodu na pierwszy rekonesans. Gabriel jest argentyńskim antropologiem. Wygląda jak z rysunku poglądowego w Wikipedii pod hasłem "antropolog". Jest w średnim wieku i ma wielką profesjonalną kamerę, rodem z lat 90. W Huautli jest od pół roku, teraz zaś idzie na walki kogutów. Pyta, czy się przyłączymy. I tak w minutę zamiast przypadkowego spacerku po nieznanym mieście mamy już cel. 

- Dzisiejsza walka jest z okazji Dnia Ojca. To ostatnia w tym sezonie  mówi jeden z właścicieli kogucich czempionów.
Wyjmuje delikatnie trzy koguty z tekturowych pudełek-nosidełek z napisem "Tutaj podróżuje prawdziwy kogut ze złota".
- Ten kogut jest warty 4 tysiące pesos, a dzisiaj mogę na nim zarobić 2300. Są też turnieje, w których można wygrać nawet 50 tysięcy pesos - mówi wkładając go do rozstawionej na ziemi metalowej kratki.
- A ten? Ten wygląda na bojowego! Postawiłabym na niego - wskazuję na wyciągającego dumnie szyję młodego i lśniącego koguta.
- Ten nie walczy. Służy tylko do rozgrzewania walczących ptaków.
- Do rozgrzewania?
- Ma za zadanie rozjuszyć koguty, tak by do walki przystąpiły już zdenerwowane.

Zaczynają się zjeżdżać właściciele kolejnych czempionów. Z bagażników samochodów wyjmują pudełka z kogutami. Walki odbywają się na stojącym tu na stałe drewnianym ringu przy prywatnym domu na obrzeżach miasteczka. Jeden róg ringu wymalowany jest na zielono, drugi na czerwono. 
- Tak właśnie obstawiasz. Albo koguta zielonego albo czerwonego - mówi mi właściciel posiadłości.
- Macie jakiś system? Oficjalne kwoty?
- Nie, obstawia się indywidualnie. Po prostu, ze znajomymi. Właściciele kogutów obstawiają między sobą, tyle że tu kwoty są zazwyczaj wyższe - od 2 tysięcy pesos w górę.
Dostajemy tamales, można też kupić piwo za 12 pesos. Z głośników leci muzyka ranchero, a ja po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że wszystkie piosenki są o walkach kogutów. Zaczyna się ważenie zawodników oraz długie, żmudne przymocowywanie im do nóg metalowych ostrzy. To one sprawią, że już niedługo na ringu pojawią się kałuże krwi.











W pierwszej walce pada parę kropel ptasiej krwi, ale przegrany kogut szybko zdaje sobie sprawę, że nic nie wskóra. Kładzie się na ziemi i odmawia dalszej walki. Kilka razy właściciel próbuje go dopingować i stawiać z powrotem na nogi. Ten jednak szybko opada znów na ziemię. Zostaje ogłoszone zwycięstwo jego przeciwnika. 

Druga walka jest już zupełnie inna.

Metalowe ostrze z nogi jednego walczącego koguta, podrzyna gardło drugiemu. Ten szybko odchodzi z tego świata. 

Odwracam wzrok. Patrzę na pióra i krew na ubitej ziemi na ringu. Układają mi się w różne kształty, niczym test Rorschacha. Przecież wiedziałam, na co się piszę. Chyba żałuję, że tu przyszłam. Nie zabiło mnie to ani nie wzmocniło. Dowiedziałam się, że wcale nie uwielbiam wszystkiego w meksykańskiej kulturze. México kolejny raz przestało być Mágico. 

Podnoszę z powrotem do góry moje załzawione spojrzenie. I spostrzegam na sobie wzrok. Wzrok ogromnego szklanego oka, rodem z lat 90. 

To on, antropolog, Gabriel - nagrywał moje reakcje. Wyraźnie bawiły go moje łzy i moje przejęcie losem martwego ptaka.
- Taka z ciebie antropolog - zaczyna się chichrać.
Zrozumiałam go i nie zrozumiałam w tym samym momencie. Antropolog powinien podchodzić do wszystkiego ze stoickim spokojem? Brać wszystko jak leci na warsztat jako tylko i wyłącznie materiał naukowy? Odrzucać zupełnie swoje własne uczucia i zasady moralne? Wiem, że najlepiej być tylko cichym obserwatorem. Wiem, że systemy moralne są różne w różnych miejscach na świecie i że nie ma jedynego słusznego, jednej jedynej prawdy. Ale czy zawsze da się być bezstronnym? Czy da się być bezstronnym w ogóle?
- Jestem antropologiem, ale mam też serce - mówię cicho i niepewnie. Tak niepewnie, że Gabriel już chyba tego nie słyszy.




2 komentarze:

  1. Mam wrażenie, że tematy na niektórch blogach się ze sobą pokrywają i nie ma sensu czytać całego, dla jednego wniosku. Lecz są takie, które godne są rzucenia okiem - dokładnie jak ten.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie zrozumiem jakichkolwiek walk zwierząt- nieważne czy to kultura, tradycja czy inne super ważne wydarzenie... Nie dziwię się, że tak zareagowałaś.

    OdpowiedzUsuń