poniedziałek, 4 stycznia 2016

Inna Edukacja. Z wizytą w CIDECI - Universidad de la Tierra w San Cristobal

Santiago ma 18 lat i chce być szewcem. Pochodzi z małej wioski w autonomii zapatystowskiej La Garrucha niedaleko Ocosingo w stanie Chiapas. W jego rodzinnej osadzie większość mieszkańców stanowią Majowie posługujący się językiem tzeltal. Jak sam mówi, gdyby urodził się kilkadziesiąt lat wcześniej nie miałby szansy na jakiekolwiek wykształcenie. Santiago od pięciu lat jest studentem CIDECI - Universidad de la Tierra w San Cristobal de las Casas. Oprócz wykonywania skórzanych butów uczy się tu także gry na gitarze basowej, gra w szkolnej orkiestrze marimby. Uczestniczy też w lekcjach permakultury, hoduje domowe zwierzęta, uczy się wyrabiać tortille i piec chleb.

CIDECI, czyli Centro Indígena de Capacitación Integral (Indiańskie Centrum Zintegrowanego Kształcenia), znajduje obrzeżach San Cristobal de las Casas w stanie Chiapas. Od 1989 roku jest dla młodzieży z małych, indiańskich wiosek często jedyną szansą na zdobycie wykształcenia i przygotowania zawodowego. Do szkoły zwanej także Universidad de la Tierra albo UniTierra (Uniwersytet Ziemi) dojeżdżamy z centrum colectivo za 6 pesos. W tym miejscu uczelnia działa od 2004 roku, teren został uczelni przekazany przez kościół. Jeszcze z drogi naszą uwagę przykuwają schludne tarasowe uprawy, po wejściu za bramę placówki nasze serca podbija cicha muzyka klasyczna rozbrzmiewająca w budynkach szkoły oraz uprzejmość, spokój i uczynność każdej osoby, którą spotykamy na terenie CIDECI.


- Tutaj zdobywamy podstawową wiedzę na tematy medyczne, tam wyżej hoduje się zioła lecznicze - Santiago pokazuje nam kolejne budynki uczelni. Wchodzimy do warsztatu tkackiego z wielkimi, drewnianymi krosnami, do sali z maszynami do szycia Singera, do pokoju z warsztatami pisania na maszynie oraz do minisalonu fryzjerskiego. Jest tu też budynek przeznaczony do nauki gry na instrumentach - osobna sala dla gitar, osobna dla marimby i jeszcze osobna dla pianin. Są też warsztaty elektryczne, radiotechniczne, elektroniczne oraz mechaniczne, gdzie uczy się reperować samochody.

- Zobacz, ten budynek zbudowali studenci warsztatów architektonicznych - mówi Santiago, po czym wskazuje na pozostałe elementy wyposażenia. Drzwi pochodzą z tutejszych warsztatów metalurgicznych, meble z warsztatów stolarskich, a wymalowane na stołach i krzesłach kwiaty to dzieło uczestników warsztatów artystycznych. Jedzone przy tych kolorowych meblach warzywa i owoce pochodzą ze szkolnego ogrodu, pieczywo ze szkolnej piekarni, a świeże tortille wyrabiają tuż za ścianą stołówki także studenci UniTierry. 

Uczestnicy warsztatów w CIDECI zdobywają tutaj wykształcenie zawodowe, ale także mogą uczestniczyć w zajęciach nieco bardziej teoretycznych. Oprócz zajęć hiszpańskiego odbywają się tu także zajęcia z prawa, agroekologii, hydrotopografii, administracji inicjatyw i projektów społecznych, nauk interkulturalnych, analiz światowych systemów politycznych, ekonomicznych i społecznych, a także studia filozoficzne, teologiczne oraz post- i de-kolonizacyjne. Szkoła różni się także od znanych na świecie szkół zawodowych także pod innymi względami. 

Sala do robienia tortilli.

Stołówka.

Zajęcia z pisania na maszynie.

- Żeby dostać się do szkoły, nie zdajemy żadnych egzaminów. Nie ma też specjalnie żadnych formalności do załatwienia - wyjaśnia Santiago. Wystarczy pocztą pantoflową dowiedzieć się o jej istnieniu, podjąć decyzję, przyjechać. Niepotrzebna jest wyprawka szkolna ani żadne pieniądze. Nie płaci tu się za mieszkanie, jedzenie, ubranie ani edukację. Nie ma dzwonków na przerwę, klasówek, ocen semestralnych ani świadectw z czerwonym paskiem. Matki, które nie mają z kim zostawić swoich dzieci, mogą przyjść z nimi na zajęcia. Nie ma tu planu lekcji, każdy ustala go sobie sam. Każdy sam decyduje także, ile czasu spędza w szkole. Część uczniów opuszcza CIDECI na kilka miesięcy w roku i wraca do swoich wiosek, by pomóc przy żniwach. Santiago rodzinę odwiedza tylko raz w roku, do swojej osady pod Ocosingo wraca wtedy tylko na kilka dni.

Nikt nie mówi tutaj, kiedy zacząć lub zakończyć edukację. - Generalnie dolną granicą wieku jest 12 lat, górnej nie ma - mówi Miguel Perez, koordynator szkoły w wywiadzie dla Radia Regeneracion - Może się tu kształcić młodzież, ale także dorośli, którzy chcą uzupełnić swoje braki w edukacji albo nauczyć się czegoś nowego - dodaje. Z ok. 100 studentów, którzy kształcą się obecnie w CIDECI, większość pochodzi z małych wiosek indiańskich w stanie Chiapas, jest też jednak paru studentów z innych meksykańskich stanów.

Stan Chiapas jest najbiedniejszym stanem Meksyku (i paradoksalnie - najbogatszym, jeśli chodzi o tutejsze surowce mineralne). Stan ten wypada także najgorzej w całym Meksyku pod względem poziomu edukacji mieszkańców. - W szkole podstawowej 72 ze 100 dzieci nie kończy pierwszej klasy. Połowa szkół oferuje jedynie naukę do trzeciej klasy. Połowa szkół ma tylko jednego nauczyciela - mówił w wywiadzie dla Dana LaBotza Subcomandate Marcos, twarz powstania zapatystów w 1994 roku. EZLN, czyli Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego, obok nierównej pozycji meksykańskich Indian w różnych sferach życia społecznego zwraca także uwagę na bardzo utrudniony dostęp ludności rdzennej do edukacji. Zapatyści podkreślają, że zdobycie pracy w dzisiejszym systemie gospodarki światowej jest dla wielu tutejszych Indian po prostu niemożliwe.




Powszechny dostęp do edukacji na poziomie podstawowym jest zapisany w meksykańskiej konstytucji z 1917 roku, która obowiązuje do dzisiaj. Edukacja dla wszystkich Meksykanów była jednym z głównych sukcesów rewolucji meksykańskiej 1910 roku. Jednakże dzisiaj, ponad 100 lat później, jej ideały wciąż nie zostały do końca zrealizowane. Ojciec założyciel CIDECI, doctor Raymundo Sánchez Barraza, przez wiele lat pracował w administracji systemu edukacji i kolejne lata przynosiły mu jedynie kolejne rozczarowania. Jak mówią badania, 93% pieniędzy przeznaczanych na meksykańską edukację, jest zbudżetowane na koszty administracyjne, co daje Meksykowi przedostatnie miejsce w światowych rankingach edukacji. 

Doctor Raymundo miał także inne zastrzeżenia do obowiązującego w kraju systemu edukacji. Nie podobało mu się między innymi, że kształcenie opiera się głównie na współzawodnictwie między uczniami, a nie na współpracy. Mimo że CIDECI podchodzi bardzo indywidualnie do każdego studenta i pozwala mu samemu decydować o swojej ścieżce edukacji, to stawia przede wszystkim na życie w kolektywie oraz na przygotowanie do funkcjonowanie w społeczności. Doctor Raymundo pragnie, by absolwenci szkoły mogli wrócić do swoich wiosek i pomóc budować tam samowystarczalne, samodecydujące o sobie społeczności. W latach 1989 - 2006 powracający do swoich osad studenci UniTierry stworzyli 911 mikroprojektów, takich jak piekarnie, warsztaty stolarskie i metalurgiczne, NGO-sy i kolektywy kobiece.

Sama szkoła też stara się funkcjonować jak taka samowystarczalna społeczność. - W sobotę rano każdy student pracuje przy produkcji jedzenia dla szkoły - opowiada Santiago. - Mamy tu pola uprawne, hodujemy także króliki, świnie, kury, ryby. Część tego sprzedajemy, dzięki czemu możemy dokupić coś, czego tu nie mamy, np. ryż - dodaje. Funkcje na rzecz społeczności szkoły są przechodnie - jednego razu ktoś zajmuje się zwierzętami, drugiego pomaga przy zbiorach pomidorów. Nazywają się one cargos - dokładnie tak samo jak funkcje w tradycyjnych społecznościach indiańskich. Dzięki temu życie kolektywne w szkole jeszcze bardziej przypomina podział ról w wioskach. Szkoła pozyskuje środki na swoje funkcjonowanie ze sprzedaży wyprodukowanych przez siebie towarów, a także od darczyńców oraz sprzedaży książek, głównie na temat zapatystów. Stara się jednak być jak najbardziej samowystarczalna. Buty, które na zajęciach robi Santiago, nie idą na sprzedaż - są używane przez studentów CIDECI.




Studenci starają się pomagać lokalnym społecznościom indiańskim, a także swoim najbliższym sąsiadom - mieszkańcom kolonii Nueva Maravilla. Szkoła pozwala sąsiadom zbierać drewno w lesie należącym do CIDECI, studenci pomagają im konstruować zbiorniki na wodę, oferują także darmowe konsultacje medyczne w tutejszym centrum zdrowia. Zajmują się także pomocą doraźną dla indiańskich rodzin, które migrują do miasta. Ze swoją działalnością CIDECI się nie reklamuje, nie wychyla, nie ma dobrej strony internetowej ani specjalistów od marketingu. Robią swoje, cicho i lokalnie, zgodnie z myślą zapatystów, która mówi, że "Wielu małych ludzi, w wielu małych miejscach, robi małe rzeczy, by zmienić świat". Doctor Raymundo mówi, że to wkład mikroskopijny, ale to zawsze jakiś wkład w budowę świata jako lepszego miejsca do życia.

Doctor Raymundo znajduje dla nas czas, mimo że wpadamy zupełnie niezapowiedziani. Zostaje z nami tak długo, aż sami nie podziękujemy mu za rozmowę. Pyta nas wszystkich, całą szóstkę, o imiona i już po drugim powtórzeniu pamięta wszystkie. Mówię mu, że chciałabym napisać o CIDECI i pytam, czy możemy umówić się któregoś dnia na wywiad, żebym mogła go dopytać o jeszcze kilka rzeczy. - Widzisz, Olu - doctor Raymundo nie tylko pamięta nasze imiona, ale także zwracając się do nas zawsze ich używa - Ja już od kilku lat nie udzielam wywiadów. Otwórz uszy, otwórz oczy, otwórz serce. Słuchaj ludzi, słuchaj tutejszych społeczności, słuchaj głosu indiańskich wiosek - mówi mi cicho i spokojnie, a wokół rozbrzmiewa muzyka klasyczna. - Wolę żeby o tym miejscu opowiedział ci raczej Santiago niż ja. Zresztą jestem pewien, że on już na pewno lepiej ci wszystko wyjaśnił - dodaje.











1 komentarz: