środa, 18 lutego 2015

Maski, bicze i wypchane zwierzęta. Cali na biało, czyli el Carnaval Zoque Coiteco

Naszyjniki z gum do żucia i z mydła. Wypchane iguany, wiewiórki, kozy. Ogromne kapelusze, bicze i świnie z cebulą w ryjku. Mnóstwo talku, sztucznego śniegu i rozbijane na głowie jaja. Nikim jestem i nie lubię Was na blogu zarzucać sobą i własnymi opiniami, ten blog jest przecież o Mexicu Magicu, a nie o mnie. Ale tym razem powiem: Carnaval Zoque Coiteco jest naprawdę w pytkie. I jeśli to przystoi atropologowi: to chyba mój ulubiony meksykański karnawał!

Cała ta wyliczona przeze mnie locura odbywa się w miejscowości Ocozocoautla w stanie Chiapas. Ja też, do tej pory, nie umiem tej nazwy powtórzyć. Pewnie nie ja jedna, bo miejscowość ma jeszcze jedną, prostszą do wymówienia nazwę - Coita. Kiedy bierzecie colectivo z oddalonej o 20 km Tuxtli, to na szybie zobaczycie właśnie "Coitę", a nie karkołomną Ocozocoautlę. Miejscowość ma 80 tysięcy mieszkańców, mniej więcej tyle co pobliskie Chiapa de Corzo, gdzie odbywa się inna, o wiele bardziej znana fiesta. To właśnie na obchodach dnia św. Sebastiana w  Chiapa de Corzo, wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco, ktoś powiedział mi o karnawale w Coicie. Jest w sumie tak jak tutaj, tylko bardziej - skomentował. I chyba coś w tym jest.


W sumie taki parachico z Chiapa de Corzo, tylko z bardziej podkręconymi kolorami.

Tutaj każdy z dumą powtarza, że ich karnawał ma ponad 500 lat. Jak to możliwe? - przecież 500 lat temu tutejsze ziemie nie słyszały jeszcze ani słowem o europejskim koncepcie karnawału! Ano, jak to wszędzie w Meksyku, karnawał nie przyszedł tutaj z Europy, a jedynie zastąpił/nazwał odbywające się tutaj w tym samym czasie uroczystości indiańskie. W przypadku Coity i zamieszkującego ją ludu zoque przyciągnięty z Europy karnawał zlał się w jedno z fiestą narodzin Ojca Słońce zwanego Tataj Jama. Odbywające się w jej trakcie rytuały miały zapewnić powodzenie w nadchodzącym roku agrarnym, upojne zbiory kukurydzy oraz idealny balans pomiędzy słońcem a deszczem.

Święci chrześcijańscy spacerują tu pod rękę z jaguarami i małpami. Co więcej, każdy powie Ci tutaj, że karnawał to połączenie wpływów katolickich, zoqueńskich oraz... arabskich. Pomiędzy pięcioma głównymi postaciami karnawału obok jaguara i małpy właśnie, znajdziemy tu także konia (wyglądającego jak nasz Lajkonik), Dawida (tego od procy) oraz... Mahometa. Mahomet ma duży zbroczony krwią miecz i robi w całym przedstawieniu za Goliata, z którym zwycięża Dawid, za którego przebrany jest zazwyczaj - dla zachowania odpowiednich proporcji - mały chłopiec. To nie jedyna walka tego karnawału. Przełom starego i nowego roku jest bowiem momentem walki dobra ze złem, konstytuowania się świata na nowo.

Wśród uroczystość znajdziemy jakże popularną w Nowym Świecie walkę między moros i christianos, tradycję, którą tu ku swojej chwale przywieźli Hiszpanie. Inną z potyczek jest zajadły pojedynek między jaguarem a małpą. Jaguar podobno symbolizuje słońce, małpa zaś księżyc, które toczą odwieczny bój o panowanie na ziemi. Małpa zazwyczaj wypada marnie w tym pojedynku (to dlatego że dzień się w tym czasie wydłuża?) i potrzebuje wsparcia tzw. tatamonos (małpich dziadków), którzy opatrują małpie rany i chronią ją przed kolejnymi atakami rozwścieczonego jaguara (tutaj zwanego tygrysem, dlaczego - pisałam TU).

Tygrys pojman.

Rzeczywiście wygląda bardzo groźnie.

Zbroczone krwią miecze Mahometa.

Tak wygląda małpka.

Fiesta trwa 5 dni, ostatnie 5 dni karnawału, 5 dni szczelnie wypełnionych uroczystościami. Najbardziej widowiskowa i najbardziej rozrywkowa z nich ma miejsce w ostatnią karnawałową niedzielę. Wtedy bowiem ulicami miasteczka przechodzi barwna parada. Oprócz jaguara, małpy, konia, Dawida i Mahometa zobaczymy tu także wesołych chores. To oni są główną siłą uroczystości. Ich kolorowe przebrania się tak bogate i upstrzone interesującymi elementami, że istny kociokwik-oczopląs.

Chores mają na sobie maski, maski z twarzami Hiszpanów, podobne do tych z Chiapa de Corzo. Chores mają jednak jaśniejszą karnację niż parachicos - opowiada mi jeden ze mijających nas przebierańców - Mają niebieskie oczy i złote włosy, złote wąsy, złotą brodę. Wskazuje na moje oczy i włosy. To tacy twoi braciszkowie - daje mi kuksańca w bok. Zamiast "szczotek" na głowach, które dźwigają parachicos, chores mają ogromne barwne, kwietne kapelusze. Kapelusze to prawdziwe dzieła sztuki, które są tak wielkie, że można oprócz kwiatków upchnąć na nich dużo innych elementów. Popularnym dodatkiem jest na przykład jeden z leitmotivów parady - świńska głowa z warzywami w pysku.

Taaaaaakie kapelusze.


Taki świń.


Wszystko wyklejone równiutko nasionami.

Naszyjniki z orzechów ziemnych i... opakowań gum do żucia.

Tutaj elementem wiodącym okazało się zaś... mydło.

Świński wisior.

Każdy niemalże przebieraniec jest wyposażony w lusterko. Do odpędzania złych uroków. Podobno też po przyjeździe Hiszpanów, lokalni Indianie byli tak lusterkami zauroczeni, że uznawali je za cenniejsze niż złoto. Z przyjemnością więc za lusterka płacili złotem właśnie. Na paskach przy pasie tutaj wymalowane karnawałowe postaci z Coity.

Na wyposażeniu chore znajdują się również wypchane zwierzęta. Królują iguany, wiewiórki i króliki.



Ten chłopiec postawił jednak na innego pupila.


Wygląd chores robi wrażenie, jednakże to obok ich zachowania wręcz nie da się przejść obojętnie. Idąc robią hałasu za całą orkiestrę strażacką! Na nogach mają całe rzędy dzwoneczków (rekordziści podobno po 350 na każdej z nóg!), w rękach bębny i hałasujące matracas. Stałym wyposażeniem jest także bicz, którym - przy odrobinie wolnego miejsca - mogą też narobić nieco trzaskającego hałasu. Cały czas chichrają się przerażającym śmiechem, żywcem wyjętym z horroru. Robią też psikusy i inne podśmiechujki. Rzucają w publicznośc talkiem i jajkami. Tego dnia wolno im zupełnie wszystko.

Chores, podobnie zresztą jak parachicos z Chiapa de Corzo czy cojoes z Tenosique, są swoistymi tricksterami karnawału. Łamią wszystkie obowiązujące reguły. Wyszydzają z wszystkiego, z czego można i nie można kpić. Każde sacrum potrafią zamienić w profanum. Od tego przecież jest w końcu karnawał, ten czas poza czasem, ten czas poza zasadami, poza porządkiem świata. W wielu miejscach na świecie rolę tego karnawałowego trickstera przejmują diabły, które tego dnia są wręcz zaproszone na ziemię, do wspólnej imprezy (tak było na przykład w Comitanie). Nie wydaje się być również przypadkiem, że karnawałowy błazen ma tutaj hiszpańską twarz.

Dzwońce.

Bicz.

I biczem wymachy.

Karnawałowe przeszkadzajki zwane matracas.


Trochę więcej zbity z Hiszpanów - hiszpańskie dziadki.

I braki w uzębieniu, jak u pijanych Hiszpanów w Chichicastenango.

Chore też człowiek, palić musi.

Karnawał w Coicie jest często nazywany Wojną na Talk. Bo faktycznie. Całe miasto jest w talku i w sztucznym śniegu. Dzieci w talku, dorośli w talku, staruszki w talkum, ulice w talku, chodniki w talku, krawężniki w talku (i wtedy wchodzę ja, też cała na biało:)) Obsypanie talkiem jest nie tylko psikusem, ale także podobno symbolem uznania i niejakim zaproszeniem do wspólnej zabawy. Talkiem sypie się również na szczęście, ma to zapewnić nam powodzenie i dostatek w Nowym Roku. 

BACH in your face!









Zostało mi też rozbite na głowie jajo. Na szczęście w środku jaja nie było jaja, a jakaś perfumowana woda.

Jajo można też kupić, na jaju można też ukręcić dobry biznes. Na szczęście w Coicie nie ma jajec z wesołą wkładką w postaci kupy w środku (jak w Tenosique).

Na szczęście chores oprócz przyjemności bycia obsypanym talkiem rozdają także darmowy alkohol.

Z innych przyjemności - chores mogą zaprosić Cię do lektyki i ponieść przez pół miasta. Aż do jednej z 6 cohuinas, domów, które sa centrum karnawałowych wydarzeń.

Dzieciaki z brodami śmieszą nieprzerwanie.


Królowa karnawału wybierana jest w piątek.






A wszystkiemu towarzyszy marimba, najradośniejszy instrument świata.



Pozdrawiam, Wasz Synowiec.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz