środa, 5 listopada 2014

Dias de los Muertos w San Antonio Tecomitl

Picie tequili na cmentarzu, grób w kształcie pojazdu Flinstonów, palenie ognisk na ulicach przed drzwiami domów i 24-godzinny taniec, w którym łączy się ze zmarłymi... - piękniejszych świąt nie mogłam sobie wymarzyć! Kiedy Jonathan zaprosił nas na Dias de los Muertos do swojej rodzinnej wioski, po prostu nie mogłam odmówić. Kultywujemy tutaj tradycje, które sięgają do czasów przedhiszpańskich - kusił mnie. Ale mnie na równi ze słowem "tradycja" skusiło tym razem słowo "rodzina". Bo Dias de los Muertos to święta przede wszystkim rodzinne.


Jonathana poznaliśmy rok temu o piątej nad ranem na plaży w Playa del Carmen.
Wyglądacie, jakbyście nie mieli gdzie spać - zaczepił nas po festiwalu. Zaprosił nas do siebie i tak się polubiliśmy, że zostaliśmy u niego jeszcze kilka dni.

Wioska Jonathana nazywa się San Antonio Tecomitl i leży oficjalnie w granicach Deefe. Cały region - Milpa Alta - nie ma jednak nic wspólnego z zatłoczoną metropolią. To sielskie i górzyste tereny otoczone majestatycznymi wulkanami. Okolica słynie przede wszystkim ze swojej bogatej kultury. Podobno w ciągu roku hucznie obchodzi się tu aż 700 świąt. Wiele z nich - jak tutaj się mówi - ma tradycje jeszcze przedchrześcijańskie.

Całe miasteczko wydaje się być jedną wielką rodziną. Gdy idziemy gdzieś z Jonathanem, trzeba wziąć poprawkę na to, że marszruta będzie trwała dwa razy dłużej. Bo Jonathan zatrzymuje się co dwa kroki, żeby pogadać z kolejnym kuzynem, wujkiem albo ciocią. Jak co rano pracuję online, więc na internet udaliśmy się do jednego z licznych wujków. Praca jednak szła mi pomału, bo Eli - wujek Jonathana - przygotowywał się właśnie do tradycyjnego przedhiszpańskiego tańca na Dias de los Muertos.

Taniec trwa tradycyjnie 24 godziny i w jego trakcie tancerze łączą się ze swoimi zmarłymi bliskimi.  Wszyscy mają na sobie rytualne stroje. Każdy związany jest z ich personalnym tonalem. Tonal to opiekuńcza istota, nasz ekwiwalent w przyrodzie, z którym dzielimy duszę. Jest to swoisty aztecki znak zodiaku, bo zależy od naszej daty i godziny urodzenia. Tonalem Eliego jest jeleń. Swój strój przygotował własnoręcznie. Ozdobił czaszkę jelenia małymi koralikami, a z jego kopytek zrobił grzechotki.

Rodzice Jonathana, w których domu się zatrzymaliśmy, nie wiedzą, jaki jest ich tonal. Wydają się być bliżsi tradycji chrześcijańskiej i oficjalnie mówią, że są katolikami. Nie przeszkadza im to jednak kultywować innych lokalnych tradycji, których geneza tkwi raczej na ziemi indiańskich przodków, a nie w encyklikach Watykanu.

W ich domu jeden pokój przeznaczony jest na tylko i wyłącznie na domowy ołtarz. Nie powiem "ołtarzyk", bo konstrukcja jest ogromnych rozmiarów. Na ołtarzu na co dzień króluje niepodzielnie Jezus i Maryjka z Guadelupy. Nie znajdziemy tu Judy Tadeusza, rodzice uważają, że to święty podejrzanej proweniencji. Poza tym jako patron spraw beznajdziejnych w wiosce Jonathana nie ma czego szukać. W tutejszym słowniku słowa "beznadzieja" nie znajdziecie.

1 listopada rodzinny ołtarz przekształca się w ofrendę dla zmarłych. Pojawiają się na nim zdjęcia bliskich, którzy odeszli, a od rana trwa wielkie gotowanie. Niektóre dania gotowane są specjalnie dla zmarłych. Chilaquiles. Mój siostrzeniec je uwielbiał - mówi mama Jonathana - Dam mu dużo śmietany i sera, tak jak lubił. Zmarli gustują też w mole, lokalnej specjalności. Wszyscy upierają się tutaj, że na Milpa Alta robi się najlepsze mole w całym Meksyku, o wiele lepsze niż słynne mole poblano. Ola, Ola, chodź spróbować - mama Jonathana podaje mi trochę mole na łyżeczce, reszta jest dla zmarłych. Pytam, co po nocy dzieje się z tym mole z ołtarza, czy je jedzą. Tak, jemy, ale już nie smakuje tak samo - odpowiada mama - Zmarli, kiedy przychodzą, wysysają z niego sam smak. Jutro, jakbyś je skosztowała, to zobaczysz, że będzie bez smaku.


Rodzice Jonathana są przeuroczy. Ciepli, serdeczni, weseli. Tworzą nam na te dni prawdziwy dom. Tata przez dwa dni nie rozstaje się ze swoim koszmarnym towarzyszem. Nosi go na ręce, straszy nim domowników i przechodniów na ulicy. Pytam, jak się nazywa jego pupil. Jaka będzie męska forma od twojego imienia? - daje mi kuksańca w bok - Zatem niech będzie Alejandro!

San Antonio Tecomitl, wioska Jonathana, leży 10 minut od sławnego Mixquica. Mixquic to jedna z popularniejszych destynacji (obok Patzcuaro w stanie Michoacan), gdzie Meksykanie jeżdżą spędzać Dias de los Muertos. W nocy z 1 na 2 listopada korek stoi tu praktycznie od samej metropolii. Mieszkańców Wielkiego Miasta przyciągnęła tu lokalna tradycja, ale teraz bardziej niż tradycję widać tu ich samych, gości z wielkiego miasta. Na tym cmentarzu jest więcej fotografów niż zmarłych - usłyszała moja znajoma Ela, gdy przyjechała tam któregoś roku. I faktycznie, przez wszystkich ludzi i odpustowe stragany trudno zobaczyć jakąkolwiek magię.

Szybko uciekliśmy z zatłoczonego centrum na obrzeża Mixquica.
Drogę zmarłym do domu wskazują tu płatki kwiatu cempasuchil, czyli naszej polskiej aksamitki. Kwiat pełni podczas świąt rolę naszej chryzantemy, bo - podobnie jak ona - aksamitka jest kwiatem sezonowym, który kwitnie tu właśnie na przełomie października i listopada.


Zachwyca to, że kwiatki są usypane praktycznie przed każdym domem.

Wychodzimy także poza miasteczko, bo nasi nowi znajomi chcą nam koniecznie pokazać chinampas. Chinampas to stary, przedhiszpański sposób uprawy. Praktycznie całe Deefe było kiedyś wielkim jeziorem, więc ziemia uprawna była tutaj towarem deficytowym. Ale skoro nie ma ziemi, to trzeba ją sobie stworzyć! Wybudowano więc sobie pola na tratwach. Jezioro wysuszono i dzisiaj ziemia już jest, ale w obecnym rolnictwie wciąż się do tych starych metod nawiązuje. Bez zmian pozostaje sam układ poletek i sposób nawadniania. Do czasów przedhiszpańskich nawiązuje tu także system społecznościowego gospodarowania ziemią - ejidos.

Gdy wróciliśmy do Tecomitla, była już bura noc, a miasteczko zmieniło się nie do poznania! Wszyscy kuzyni, wujkowie, ciotki i pociotki zamienili się w stado kościotrupów i innych podejrzanych typów rodem z horroru! Praktycznie każdy mieszkaniec miasteczka miał na sobie jakiś przerażający strój albo makijaż. Tutejsze dzieciaki przesunęły sobie Halloween o jeden dzień później i biegają od domu do domu z prośbą o cukierki.





Z naszymi zdrowymi, żywymi twarzami nijak tutaj nie pasowaliśmy. Szybko udałyśmy się na misję ratunkową do sklepu mamy Jonathana. Mama Jonathana ma sklep kosmetyczny i w przerwie w rozdawaniu dzieciakom cukierków, poratowała nas akcesoriami do malowania twarzy. Tak dołączyliśmy do koszmarnego stadka.



Aaronito, Marco i Paulina z zespołu Aarona, u której rok temu spędzaliśmy święta. Oraz Kasia.

Zespół Aarona pospołu z Jonathanem i jego jaraną na lokalnej scenie był gwiazdą wieczoru.

Po koncertach udaliśmy się na ulice miasteczka, które w nocy z 1 na 2 listoapda zmieniają się w jedną wielką imprezę. Przed każdym domem, na ulicy, na kawałku blachy albo wcale się o nią nie przejmując, pali się ogniska. Przy ogniskach zbiera się cała rodzina, by wspólnie czuwać tu przez całą noc.

Tej nocy bowiem zmarli wracają do domu. Ognisko ma im pomóc odnaleźć doń drogę. Jonathan i jego rodzina mówią, że to zwyczaj, który kultywuje się jedynie w ich miasteczku. I że to zwyczaj jeszcze przedchrześcijański.

My wędrowaliśmy od jednego ogniska do drugiego, z instrumentami. Przy każdym z ognisk byliśmy częstowani tamalami oraz alkoholem. 


No jakby nawet samochód chciał, to nie przejedzie.
Zresztą po co ktoś miałby jeździć, skoro wszyscy siedzą przy ogniskach

Przy niektórych ogniskach zostaliśmy zaproszeni na tańce albo na rodzinne opowieści. Impreza trwała do białego rana. Mama Jonathana z małymi wnuczkami siedziała do ósmej rano. Nawet ja wymiękłam dużo wcześniej.

Następnego dnia, 2 listopada, zmarli już od nas odchodzą i trzeba ich odprowadzić na cmentarz. To tam kontynuowana jest impreza. Zabiera się ze sobą jedzenie, alkohol i...

... muzykę. Zmarli lubią, jak się im gra i śpiewa.
Jak ktoś nie ma zespołu muzycznego, to może sobie pośrodku grobu ustawić boomboxa.
Zamiast znicza albo wiązany.

My z Jonathanem znów pobawiliśmy się w "objazdówkę" po rodzinie. Jonathan wziął w rękę micheladę i zaczął odwiedzać groby zmarłych bliskich, a przy nich kolejnych członków bliskiej i odległej rodziny. Tutaj leży nasz pradziadek i nasza prababcia - opowiedzieli nam członkowie rodziny - My jesteśmy już trzecią generacją, Jonathan jest czwartą, a dzieci jego braci to już piąta! Od zaledwie tej dwójki ludzi, pochodzimy my wszyscy, dziesiątki ludzi. Czyż to nie niesamowite?

Na grobach normalnie się siada i nikogo to tu - oprócz nas - nie dziwi. No bo skoro można, to dlaczego się krępować? Zmarli się nie pogniewają.

Po grobach też wesoło skaczą dzieciaki. Między grobami rzucają piłką lub maską luchadora, bawią się w berka albo w chowanego.

Na cmentarzu jest nawet karuzela. Oraz występy artystyczne na ustawionej pośrodku panteonu scenie.

Ogłaszany jest także ogólnocmentarny konkurs na najpiękniejszy grób. Zdobienie grobów jest tradycją, zmarły nie może przecież wrócić byle gdzie! W Milpa Alpa groby rzeźbi się tradycyjnie w ziemi i ozdabia kwiatami aksamitki. Tu powstaje grób w kształcie Maryjki.

Aztecki kalendarz.

Grób w kształcie pojazdu Flinstonów. Są nawet kręgle!

I mały kościotrupek w stroju przedcywilizacyjnego dziada. Z kulą do kręgli w dłoni.

Ciasteczkowy grób z krzyżem z wafelków (zdjęcie z Mixquica z 1 listopada)

Z cmentarza wyszłam najedzona za wszystkie czasy i lekko nabzdryngolona. Na tacosy, tamale, piwo i tequilę zapraszała nas nie tylko rodzina Jonathana. Podeszłyśmy na chwilę do jednego z grobów posłuchać trochę muzyki i już nie chcieli nas wypuścić, dopóki nie wcisnęli w nas jedzenia i napitków!

Najdłużej jednak zostałyśmy przy jednym z grobów rodziny Jonathana. Donia Brisia (w moim kapeluszu) obiecała nauczyć mnie robić tamale i zaprosiła nas do siebie na Boże Narodzenie. Z tej okazji też mają wiele miejscowych, starych tradycji. Wszyscy podpytywali też, jak spędza się święta w Polsce. A czy wy też imprezujecie na cmentarzu? - przekrzykiwała się rodzina. Na początku listopada w Polsce jest dość zimno. Czasem nawet pada śnieg. Nie wytrzymalibyśmy tylu godzin na cmentarzu - odpowiedziałam. Czy gdybyśmy mieli inny klimat, byłoby inaczej? Co myślicie?

Późną nocą udaliśmy się do sąsiedniej miejscowości na Ferię de los Globos, czyli festiwal lampionów, takich chińskich, na jakie moda była u nas kilka lat temu. Teraz lampiony są już w Polsce na cenzurowanym, bo wkręcają się w śmigła samolotom i spadają prosto w klatki zwierzętom w zoo. Meksyk ma się na bakier z przepisami bhp i wciąż zachwyca się chińskimi lampionami. Które na tym festiwalu urastają do ogroooomnych rozmiarów i pięknych kształtów, a ich posyłanie do nieba staje się prawdziwą sztuką.








1 komentarz:

  1. Jakbysmy mieli inny klimat to i tak pewnie u nas byloby szaro, smutnie i poważnie...:/ bez porównania z kolorowym Mexico ;)

    OdpowiedzUsuń