czwartek, 27 lutego 2014

Witajcie w naszej bajce

Co robiłam w ostatnim tygodniu? Podróżowałam z baronem narkotykowym. Pośrodku Meksyku złapałam na stopa znajomego. Jadłam polskie ogórki kiszone w miejscowości, której nazwy nie znałam. Recytowałam "Urodziny" Szymborskiej na czubku świata, w najbardziej wysuniętym na południe cyplu oaxacańskiego wybrzeża Meksyku. Byłam na festiwalu cyrkowym, którego nie było. Ubrałam się w skorupę żółwia. Prześpiewałam całe Stare Dobre Małżeństwo na plaży nad Pacyfikiem. No i poznałam Miszę. A z tego wszystkiego to chyba była największa przygoda.

Ta notka mogłaby nosić różne tytuły. "Witajcie w naszej bajce", "Festiwal cyrkowy, którego nie było", "Spotkanie na szczycie" albo "Jak pieprzyć życie - poradnik praktyczny". W każdym razie to będzie notka tak zwana lajfstajlowa, a nie antropologiczna. Czyli opowieść o przygodzie. Przygód mam tu wbród i nie wiem, dlaczego ich nie opisuję. A to przecież w nich czai się cała kwintesencja Mexica Magica.



Miszę poznałam w ubiegły wtorek. Już dawno słyszałam o tym szalonym Polaku, który mieszka w San Cris od roku. Ale trzeba było tego przypadkowego spotkania w barze, by zaczęła się nasza wspólna przygoda. Miałam swoją hiszpańsko-polską wymianę językową w Cafe Libre, gdy przy sąsiednim stoliku usłyszałam polski. Przepraszam, nie mogę się skupić, muszę do nich zagadać - powiedziałam mojemu nauczycielowi. I tak już zostałam. Na następny tydzień z hakiem. Misza robi w Meksyku filmy. Pisze bloga pod adekwatnym tytułem "Pasikonizm, czyli jak przebimbać sobie życie". Ma niezliczone pokłady energii, zaraźliwy optymizm oraz długaśne, ruchliwe ręce oraz nogi - jak na Pasikonika przystało. Co masz na uszach? - zapytał od razu wskazując na moje kolczyki w kształcie pasikoników. To nie jest przypadek - odrzekłam. A jeśli był, to szczególnie przepiękny.

Misza pieprzy życie bowiem jeszcze piękniej chyba niż ja. Znajomy mojego znajomego jedzie jutro na festiwal cyrkowy do Mazunte. Za wszystko płaci i ma wypaśną białą sportową furę. Jedziesz ze mną? - zapytał po 24 godzinach od naszego pierwszego spotkania. Przez pierwsze 24 godziny nie mogliśmy się rozstać. Wypiliśmy 2 litry alkoholu i przegadaliśmy wszystkie tematy świata. To że mieszkał w jaskini w Granadzie obok mojego kozienickiego sąsiada Bumcyka. To że na rozdawaniu autografów przez Martynę Wojciechowską, podszedł do niej, wręczył jej swój film "Sezon na lwy" i sam dał jej autograf, a o jej nawet nie poprosił. Ma prześliczną foteczkę zdziwionej Martynki, gdy zostaje obdarowana tym niespodziewanym prezentem. Ahoj przygodo - odpowiedziałam, puściłam mu oczko i już jechaliśmy ku Oaxace, cała naprzód ku nowej przygodzie.

To jest Misza, Misiek, Pasikonik. To on.

Znajomy znajomego okazał się baronem narkotykowym. W związku z tym robiliśmy obowiązkowe przystanki "biznesowe" w każdej najmniejszej wiosce w trakcie podróży. Przez to posuwaliśmy się nadspodziewanie wolno w naszej wyprawie. Pierwszej nocy wylądowaliśmy w tanim stylowym motelu żywcem wyjętym z filmów drogi. Tam o dziesiątej w nocy, w miejscowości, która nie wiemy, jak się nazywała, jedliśmy ogórki kiszone. Z Polski. Które przyszły paczką z Anią od siostry Miszy wraz Żołądkową Gorzką i majonezem Winiarych. Piąty miesiąc na emigracji to mniej więcej ten czas, kiedy kiszony urasta do miary boga. Śpiewaliśmy piosenkę o ogórku i jego zielonym garniturku oraz wrzucaliśmy kompulsywnie kiszone zdjęcia i komentarze w Facebooka.


Rano zdecydowaliśmy się opuścić naszego dobroczyńcę i jego wypaśną białą sportową furę. Zdecydowaliśmy, że na stopa pójdzie nam żwawiej. Baron był wyraźnie tym zmartwiony. Odtwarzał nam syntezatorem mowy Google Translate różne miłe rzeczy. Dzięki za majonez. Jest pyszne - wyrecytował nam pokracznie komputerowy głosik. Przepraszam, że zepsułem ci plany - Baron spojrzał na nas wielkimi oczami zza swojego syntezatora. Ależ nie ma za co, Baronie. Wszak stop to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jaka może się nam przytrafić w podróżniczym życiu. A tym bardziej w Meksyku. Od tej pory nie jeżdżę już inaczej. Jako że takich jak nas dwóch w czepku urodzonych, to nie ma ani jednego, stop zgodnie z oczekiwaniami poszedł nam super dziarsko. Ostatnim samochodem, który złapaliśmy, okazał się sancristobalski znajomy - Hermano Sol. Który oczywiście jechał do Mazunte i podwiózł nas w sam środek plaży i czekającej na nas imprezy.


Wiesz, może dojadę do Was do tego Mazunte - powiedział Javi, pierwszy złapany na stopa kierowca -  Zostaw mi numer. Gdzie? Ano tu, na szybie.

Hermano Sol (po prawej) - nasz docelowy kierowca - oraz Nico, kumpel z San Crisa, którego notabene spotkaliśmy przypadkiem w samolocie do Meksyku za tą razą.

Była już noc, ale jakoś nie pomyśleliśmy o tym, gdzie będziemy spać. Takie rzeczy zawsze się jakoś układają. No i faktycznie. Możecie spać u mnie - powiedział Emir, którego znałam, ale raczej okazjonalnie z San Cristobal. I przekoczowaliśmy cały tydzień na jego podłodze. No dobra, raz na dachu, bo nie chcieliśmy mu psuć planów randkowych. Był wyraźnie przytulony i nierozdzielny z pewną piękną panią z Niemiec, ale nie wiedzieliśmy, jak mu subtelnie dać znać, że zwolnimy mu na tę okazję pokój. Zaczęliśmy więc spontanicznie pokrzykiwać: Och, jaka piękna noc! Może by tak spać na dachu! Wśród treli ptaków i słodkiej muzyki pasikoników!  Noc była trochę mniej słodka, zjadły mnie komary, a psy ujadały tak, że wszystkie sny kończyły się w najlepszym momencie. Dumni jednak z wykonanej misji zeszliśmy rano do pokoju. A tam Emir. Sam. Nie załapałem, co mówiliście - powiedział.

Emir vel Plastuś vel Pustorak

Sąsiadka Emira, Samatha. Czysta radość i chodzący klown. Właścicielka psa Guadalupe zwanego Maryjką o Sześciu Cycuszkach.

Cała ta draka z wyjazdem o Mazunte rozbijała się o słynny festiwal cyrkowy, na który w tym czasie zjeżdża cały Meksyk. San Cristobal się wyludnia, a na ulicy możesz spotkać wszystkich ziomów, jakich do tej pory udało spotkać Ci się w Meksyku. Był Remi z San Marcos, co jechał na stopa z Big Cycem. Był Conan, który wybrał się z nami do Palenque na fool moon party, którego nie było. Była też Marta, moja sąsiadka z Pragi, z tej samej ulicy. Mnie chłopak, z którym była przez 2 lata, podarował magnetowid. Ona współpracuje z chłopakiem, z którym ja chodziłam przez 4 lata. No ale na Pradze się nie spotkałyśmy, musiałyśmy to zrobić dopiero w Meksyku. W Mazunte spotkałam także około 555 innych znajomych. Jednak festiwalu cyrkowego nie. Przybyliśmy zaraz przed jednym show, ale dopiero się ustawiali, więc stwierdziliśmy, że skoczymy coś zjeść. Wróciliśmy pół godziny później i już było po wszystkim. Żadne następne przedstawienia nie są planowane do czwartku. Ja wyjechałam w środę wieczorem. Festiwalu cyrkowego nie uświadczyłam. Ale jak to mówią - i tak było zajebiście.

Marta.

Mało nie potrąciła nas łódka, gdy... leżeliśmy sobie na samym środku plaży. Jak to możliwe? Przyjedźcie i zobaczcie. Ale to nie jedyna przygoda, gdy masz koło siebie 24 godziny na dobę takie stworzenie jak Pasikoń. Jednego dnia zażartowałam, że w jednym barze dają piwo, gdy przyniesie się im 6 muszelek. Misza więc nieustępliwie zbierał przez cały dzień muszelki. Miał ich całe kieszenie, a na twarzy pełne uwielbienie dla tej bezwalutowej transakcji. Innego razu powiedział mi, że znalazł sklep, gdzie sprzedają fajki za 20 pesos i mezcal za 35. Zaprowadził mnie jakąś naokrężną drogą do małego sklepiku, w którym co rano robiliśmy zakupy. Sklepik miał dwa wejścia - jedno od naszej uliczki, drugie od jakiegoś ciemnego zaułka. Gdy Misza szedł po jajka albo warzywa, wchodził od naszej uliczki, gdy po fajki albo mezcal wchodził od tzw. dupy strony. Dopiero po jakimś czasie, gdy poszłam tam z nim, uświadomiłam mu, że to jedno i to samo miejsce. Ale przez słodki sentyment dla pasikonikowatej logiki już zawsze chodziliśmy do sklepu na dwa sposoby. Jednymi drzwiami po jedzenie, drugimi po używki. Inaczej by już nam pewnie nie sprzedali ;)

Misiek jest specjalistą w sztuce, którą już od dawna nieświadomie praktykuję. Sztuka nazywa się wizualizowanie. Gdy czegoś chcesz, musisz to sobie zwizualizować. Chcę piórko do kapelusza - mówi Michał i następnego dnia mu je ktoś przynosi. Chciałabym poznać jakiegoś fajnego Polaka - gadamy z Kasią i oto zjawia się Misza. Gdy staliśmy na stopa, kiedy to Pasikoń odwoził mnie na autobus, powiedział sobie: Fajnie, by było przejechać się voltzvagenem garbusem. Oczywiście wiecie, czym jechaliśmy :)

Wow, co za tydzień. Postawię ci na moim blogu pomnik trwalszy niż ze spiżu. Napiszę naszym przygodom piękny panegiryk - napisałam Miszy parę chwil po tym, jak rozstaliśmy się w Pochutli. Co to panegiryk? - zapytał. To utwór pochwalno-żałobny po zmarłej, niecodziennej osobie. Takiej jak nasz tydzień - zabystrzyłam. Wiesz, nie jestem polonistą, ale dla mnie to raczej coś się dopiero urodziło. Trzeba napisać raczej pieśń dziękczynną - odparł. Ładne to, co napisałeś - polajkowałam. Wiesz, tak naprawdę wszystko jest ładne. Trzeba tylko umieć patrzeć - napisał.

Puentą tej historii niech będzie jeszcze jedna rzecz, która znalazła się w paczce od siostry Miszy. Obok ogórków kiszonych, Żołądkowej i majonezu Winiarych. Znalazł się tam bowiem też liścik od Miśkowej siostrzenicy. Siostrzenica ma 6 lat, a list był krótki i zwięzły. Misiek, nie dziw się, że jesteś sobą - napisała. Wy też się nie dziwcie.


Z cyklu "Kolejny szary dzień w pracy".

.

.

Żółw, jaki jest, każdy widzi. A jak wygląda żółw, gdy go nie ma?




Misiek zrobił mi w sumie około pięciuset zdjęć, które potem przez przypadek zabawnej amerykańskiej gry zostały okrzyknięte mianem "Sand Porn". Niemalże wszystkie zdjęcia w tym wpisie są autorstwa Miszy. Oprócz zdjęć robi on także filmy, w tym obecnie jeden o innym pojmowaniu czasu w Meksyku i Gwatemali, zainspirowany majańskim końcem świata, przy którym zresztą Misiek był obecny. Jako że ukradziono mu niedawno kamerę zbiera kasę dokończenie filmu za pomocą portalu "Polak Potrafi". Kto jak kto, ale Misiek potrafi na pewno! Z lubością przyglądaliśmy się, jak rośnie mu tam coraz ładniejsza sumka. Ale wciąż niewystarczająca. Polecam więc uwadze ten szczytny cel.



 Miszka. Mój fanowski rysunek.

2 komentarze:

  1. Misza, Misiek vel. Pasikonik na polak potrafi pl zbiera $ na nowy film
    Inlakesh czyli Ja jestem innym Ty
    pomozecie?

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja chyba wracam do szkoly by nauczyc sie czytac za zrozumieniem i co waznejsze do konca.
    Sorry, ale moze te zdjecia odebraly mi jasnosc myslenia :)

    OdpowiedzUsuń