sobota, 2 listopada 2013

To lepsze niż Gwiazdka!

To lepsze niż Gwiazdka! - westchnęła rozanielona Paulina przybierając ołtarzyk kwiatami. Frajda z urządzania ołtarzyka to coś jak nasze ubieranie choinki. Zapach aksamitki koi niczym aromat igliwia. Jedzenie słodkiego pan de muerto na koniec dnia to jak długo wyczekiwane prezenty. Ale Dias de los Muertos to nie tylko to. To piękne, głębokie święto, które pomaga spotkać się z bliskimi, którzy już odeszli. Spojrzeć na przeszłość i przyszłość. I znać sobie sprawę z tego, kim, dlaczego i gdzie jesteśmy.

Ofrenda w domu musi być - powiedziała Paulina, perkusistka zespołu Aarona, u której mieszkamy. Zarządziła wielkie przygotowania. Dwa dni wcześniej poszliśmy na targ po papel picado, świece i kopal do palenia. Dzień wcześniej przynieśliśmy aksamitki i cukrowe czaszki. Do ostatniej chwili czekało jedzenie, woda i pan de muerto. Nie różniliśmy się tym od reszty Meksykanów. Ołtarzyki stawia się w Meksyku wszędzie - w sklepie mięsnym, w szkole podstawowej i na dworcu autobusowym. Powszechność tego zwyczaju można porównać śmiało do przedświątecznych choinek.


Ten ołtarzyk w sklepie z maszynerią do domu i ogrodu zachwycił mnie pięknym kontrastem z nieczułym otoczeniem.

But - ołtarzyk - but.

Na pasmanteryjnym ołtarzyku nie mogło zabraknąć rękodzieła.

Na piekarnianym ołtarzyku króluje pieczywko.

W sklepie z zabawkami zaś króluje figurka św. Judy Tadeusza- patrona spraw beznadziejnych.

W sklepie kaletniczym oprócz wypchanych zwierząt spotkałam rodaka.

Na ołtarzyku autobusowym stała uczta, która mogłaby wyżywić komplet pasażerów jednego autobusu. Mole, tacos, enchiladas - wszystko sprzed dobrych paru dni.

No i mój faworyt w małym barku z hamburgerami i tacos. Ołtarzyk i telewizor z wyginającymi się paniami na kanale Banda Max.

Nasz ołtarzyk w tym zacnym towarzystwie prezentował się dość skromnie. Ale tu nie chodzi o żadne postaw ołtarzyk, a zastaw się, ale o piękny symbol:


Każdy z domowników dostał czekoladową czaszkę. Na szczęście.

Na ołtarzyku ustawiłam zdjęcie mojej ukochanej babci, która umarła 10 lat temu. Aaron poprosił mnie zaś, bym narysowała jego zmarłych znajomych. Wszyscy byli muzykami, ale niekoniecznie się nawzajem znali. Teraz, gdzieś tam, gdzie teraz są, muszą tworzyć naprawdę piękny zespół. 



Zastanówcie się, co lubili wasi zmarli bliscy - poleciła nam Paulina. Cały dzień myślałam o zmarłej 10 lat temu babci. Co chciałaby ujrzeć na takim ołtarzyku? Zdecydowałam się na jej zdjęcie z młodości, które ozdobiłam na niebiesko - w jej ulubionym kolorze. Na ołtarzyku postawiłam także karty do gry, z których babcia regularnie co piątek wróżyła. Aaron kupił swoim zmarłym znajomym flaszeczkę tequili. Marco dorzucił im jeszcze jointa.


Cała uroczystość zaczyna się 1 listopada po zmroku. Gasimy światło i zapalamy świece. Do czasu zgaśnięcia pierwszej z nich wspominamy naszych zmarłych. Każde z nas opowiada innym ich historie. Ja mówię o tym, że to dzięki babci jestem tu, gdzie jestem. W liceum, gdy wybierałam kierunek studiów, mogłam iść praktycznie wszędzie. Spełniłabym się i na filozofii, i na astronomii, i na AWF-ie. Ale stwierdziłam, że takie decyzje powinny być jakoś głębiej zakorzenione. Nie widziałam innej możliwości, jak pójść na polonistykę - jak moja właśnie zmarła babcia. Przed jej śmiercią spędziłyśmy razem dużo czasu wspominając jej niezwykłe historie z czasów wojny. Całe życie chciała je spisać, ale nigdy jej się nie udało. Najpierw przyszła gromadka dzieci, potem choroby. Powiedziałam wtedy, że najpierw zapiszę jej historię. Później zaś będę pisać swoją. Plany pokrzyżowała nam jej śmierć, udało mi się spisać zaledwie kilka stron, które czytaliśmy na jej pogrzebie i które możecie zobaczyć TUTAJ.

Aaron opowiedział nam historie swoich znajomych. Wybierał najpiękniejsze wspomnienia z nimi związane, puścił nam ich najlepsze piosenki. Taktownie nic nie wspominał o ich śmierci. O tym, że ktoś popełnił samobójstwo. Ktoś inny wpadł pod koła pociągu, którym podróżował na gapę. Ktoś został zastrzelony przy śniadaniu przez niezrównoważonego psychicznie człowieka, któremu dzień wcześniej pomógł. Kiedy rysowałam detale ich twarzy, mniej lub bardziej zaznaczone kości policzkowe, tatuaże i oryginalne kapelusze, Aaron cały czas mi o nich opowiadał, cały czas puszczał mi ich muzykę. Moja kreska, jego opowieści i mówiące same za siebie ich piosenki naprawdę sprawiły, że cała szóstka była tutaj z nami. Była z nami też moja babcia w swym ulubionym niebieskim kolorze. W tym momencie, w uniesionym zachwycie, zrozumiałam, o co chodzi w tradycji meksykańskich ołtarzyków.


Zgasła pierwsza świeca. Oznacza to koniec zadumy. Wszyscy mogą przenieść się do kuchni na wspólne jedzenie pan de muerte maczanego w gorącej czekoladzie. Na ten pyszny moment czekają wszystkie dzieci. Zmarli jednak zostają z nami na cały dzień, 2 listopada podczas wspólnej biesiady zjemy (i wypijemy!) wspólnie z nimi zawartość ołtarzyka.




Podziękujmy naszym przodkom - powiedział ktoś, zupełnie naturalnie przy pałaszowaniu słodkości - Gdyby nie oni, nie byłoby nas teraz i tutaj, w tym dokładnie miejscu. Gdyby nie oni, nie byłoby Dias de los Muertos - dodał ktoś inny. Gdyby nie oni, nie byłoby czekolady! - dorzucił jeszcze ktoś. Och nie! - zakrzyknęliśmy wspólnie, jak na komendę - Dziękujemy!


3 komentarze:

  1. Dziewczyno! Czytam tego bloga i naczytać się nie mogę! Talent opowiadacza 100%. I Twoje poczucie humoru plus "językowa nonszalancja" to się czyta a i pewnie słucha:) Piękna alternatywa do - nie ujmując nikomu - pamiętników pensjonarskich w wydaniu par przeważnie... Dzięki za mnóstwo pięknych rzeczy. Jutro z samego rana lecę do Deefe ;) ( pierwszy raz w tej części świata -) na kilka dni a potem w dól i i w bok i z Jukatanu back do naszej Warszawy, złotej tej jesieni jak nigdy. Ciesze się, że go (blog) odkryłam bo w ostatnie dni paraliżował mnie strach...nakręcony przewodnikami i poradami, włacznie z LP advice - spakuj pocket knife..do tego fora i artykuły plus opowieści znajomych...i odechciało mi się tego wyjazdu na dobre. Tymczasem dzięki Mexico Magico trochę u mnie w głowie bardziej kolorowo - wyobraźnia produkuje więcej niż napady porwania, kradzieże i ech.. a już gotowa byłam spędzić w Deefe większość czasu w hostelu z tego wszystkiego - tymczasem może wychyle nosa dalej za Centro Historico.. Chociaż wciąż nie wyobrażam sobie w akcie biesiadnym :) (czego generalnie nie omijam) P.S. A co do tych wszystkich zrządzen losu i dziwnych spotkań - przypomniała mi się andaluzyjska wyprawa i mnóstwo przypadków, o których nawet głupio opowiadać - jakoś świat ujawnia inne wymiry w podrózy:) - pozdrawiam serdecznie! P.S 2. A ewentualnie .. na wieczór to Roma Norte i Rosa? Zocalo turytycznie - a centro Historico cisza jak mniemam?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za wszystkie miłe słowa! Aż się biorę za następny wpis. Żałuję, że wcześniej nie zobaczyłam Twojego posta, bo byłam akurat w Deefe, wyjechałam stamtąd w środę wieczorem. Tak czy inaczej wybieramy się w środę najbliższą na Jukatan i zamierzamy tam spędzić kilka tygodni, więc odezwij się do mnie na email szakirrr@gmail.com! Co do bezpieczeństwa to oczywiście strzeżonego pan Bóg strzeże, szczególnie, jeśli podróżujesz sama! Lepiej nie chodzić samej w nocy po ciemnych ulicach i zakrywać swoje atrybuty guery i takie tam. Co do imprez to oczywiście Roma Norte, Zona Rosa i bubkarska Condesa. W centrum też znajdzie się parę miejsc np. klub Uta czy la Regina (najtańsze miejsce w Centro Historico). Pozdrawiam z San Cristobal i jeśli masz jeszcze jakieś pytania to wal na mejla. Mam nadzieję, że Meksyk w pierwszych dniach pokazał Ci się od najlepszej strony! Do zobaczenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. No i warto na plaza Garibaldi nocą!

    OdpowiedzUsuń