czwartek, 24 października 2013

Cenotes, czyli niebiańska wycieczka do piekła Majów

Ty i twoja dusza wcale nie jesteście jednością. Jeśli o nią nie dbasz, upiory mogą porwać ją do siebie. Wtedy nie masz innego wyboru, jak udać się po nią do piekła. Gdzie leży majowskie piekło? Tu gdzie i u nas - pod ziemią.  Tyle że owo majowskie "pod ziemią" jest zupełnie inne niż nasze. Pod Jukatanem bowiem znajduje się unikalny na skalę świata system podziemnych wód i jaskiń. Wejścia do nich - nazwane cenotami - były według Majów wrotami do piekła. Teraz są atrakcją turystyczną. Tak piękną, że prędzej powiedzielibyście, że są bramą nie do piekła, ale do nieba!




Czy zdajecie sobie sprawę, że pod nami, pod całym Jukatanem, pod jego wapiennym lądem jest jedno wielkie jezioro? - zapytał Gabriel, nasz genialny host, a zarazem przewodnik po cenotach. W epoce lodowcowej cały półwysep Jukatan leżał pod wodą. Najprawdopodobniej uderzenie meteorytu wybiło ten fragment dna morskiego ponad powierzchnię. Gdyby nie małe otwory - cenotes, wysadzone przez korzenie drzew i wypłukane przez deszcz, do dziś może nie wiedzielibyśmy, że dokładnie pod całą powierzchnią Jukatanu znajduje się niesamowity system podziemnych połączonych ze sobą wód i jaskiń.

Cenotes śnią mi się od dzieciństwa. Pierwsze jednak próby dotarcia do nich w świecie realnym spaliły na panewce. "Poznaj magiczny świat cenotes", "Nurkowanie w cenotes za jedyne 200 dolarów" w witrynach agencji turystycznych skutecznie obrzydziły mi takie wycieczki i utwierdziły w przekonaniu, że podziemne jeziora dostępne są tylko grubym amerykańskim portfelom, a nie zwykłym polskim śmiertelnikom takim jak ja. Ale to nieprawda. Prawdą jest za to, starą i podróżniczą, że na wszystko przyjdzie właściwa pora i czasem warto na nią poczekać zamiast pchać się do cenotów wypchanych po brzegi turystami. Oto bowiem, podczas mojej trzeciej wizyty na Jukatanie, szczęśliwym couchsurfingowym trafem trafiliśmy pod dach Gabriela. Gabriel zmienił kawałek zwykłego podwórka w Tulum w bezpieczny port dla różnej maści włóczęgów z całego świata. Gabriel jest jasnowłosym Włochem i pracuje... jako przewodnik po cenotach właśnie.

Szacuje się, że na Jukatanie jest 30 000 tysięcy cenotów. Wśród nich wiele jest jeszcze nieodkrytych. Tak było do niedawna z cenotami, po których oprowadza Gabriel. Pewna meksykańska rodzina zdała sobie sprawę, że na swoich 80 hektarach jukatańskiej dżungli ma cenotes. Zdała sobie również sprawę, że na cenotach można teraz zbić grubą turystyczną kasę. Nie wiedziała tylko, jak w ten środek lasu ściągnąć turystów. Tu pojawił się Gabriel oraz jego znajomi, którzy na prośbę owej rodziny w lutym tego roku zaczęli przeczesywać nieznaną dotąd dżunglę. 

Maczetami wyrąbali ścieżki, zbudowali drogi dojazdowe, przepłynęli pod ziemią z jednego cenote do drugiego odkrywając, że są ze sobą połączone. Znaleźli przy okazji w podziemnych jeziorach masę przedmiotów, które wyszły spod rąk prekortezjańskich Majów. Gdyby to było w Polsce, stałyby już one dawno zaszklonymi eksponatami w muzeum. Tutaj jednak o takie historie się potyka. Gabriel wrzucił je do drewnianej skrzynki. Podał mi je do ręki, żebym mogła sobie dokładnie obejrzeć idealnie wydrążone otwory w dawnych naszyjnikach.





Na środku jednego z cenotów zbudowali sztuczną wyspę w kształcie żółwia, gdzie teraz w niedzielę organizują grille. Mój pierwszy raz w cenotes trafił właśnie w taki niedzielny grill. Założyłam maskę do nurkowania i przy zapachu smażonych na ruszcie ryb i ośmiornic wpływałam do jaskiń stawiając sobie za cel odnalezienie pod wodą kolejnych prekortezjańkich pamiątek. 

O zachodzie słońca ruszyliśmy do kolejnego cenote. Ogromny system połączonych ze sobą podziemnych jezior był o tej porze lekko oświetlany przez smugę nieśmiałego światła wpadającą akurat o tej godzinie szparę w skałach. Spędziłyśmy tam z Wiebke i Kayą, w prawie zupełnej ciemności bitą godzinę. W błękitnej wodzie wirowały pod naszymi stopami tabuny ryb. Pod kunsztownym sufitem ze stalaktytów nietoperze odprawiały swe kakofoniczne tańce i śpiewy. Przygrywała im zaś woda, która uderzając o skały, brzmiała jak dobiegające z zamierzchłej przeszłości bębny. To najpiękniejsze miejsce na ziemi - powiedziała cicho Kaya. Żadna z nas nie miała co do tego wątpliwości.







Na Jukatanie nie ma prawie żadnych rzek, półwysep posiada jedynie kilka bagnistych jezior. Pitną wodę od zamierzchłych czasów dostarczały tu właśnie cenoty. "Ts'onot" w języku maya to właśnie źródło podziemnej wody pitnej. Cenoty były jednak dla prekortezjańskich Majów także czymś więcej. Bramą do piekła. Gdy impreza już się rozhuczała na dobre, Gabriel kazał nam iść ze sobą. W milczeniu i gęsiego, jedynie przy blasku latarki i cieniu maczety podążyliśmy przez ciemną dżunglę. Stanęliśmy dopiero w ciemnym, wyschniętym cenocie. 

Dla Majów dusza i ciało nie są ze sobą stale związane - zaczął cicho Gabriel - załóżmy, że ja jestem twoją duszą, ty jesteś tylko ciałem. Nie dbasz o mnie, więc porywają mnie demony. Zabierają mnie ze sobą do siebie, do podziemi. Co możesz zrobić beze mnie? Jak żyć bez duszy? Musisz iść do piekła i mnie odzyskać. Przychodzisz więc tutaj - wszyscy przeszliśmy do małego, wypełnionego po brzegi wodą otworu. Gabriel poświecił w niego latarką. Okazało się, że biegnie on pionowo w dół tak daleko, że nie widać dna.  

Teraz jednak woda jest zbyt wysoko, musisz poczekać aż opadnie. Zapewne do lutego, bo wtedy po porze suchej wody będzie tutaj o wiele mniej - położył na skale tuż obok pionowego otworu kamień - załóżmy, że to jest podarek dla bogów. Idziesz do podziemi, kładziesz go tutaj i masz nadzieję, że bogowie go wezmą i spełnią twoje prośby. Jednak to oni decydują, kiedy to się stanie. Woda zaczyna podmywać skałę i pomalutku, pomalutku twój prezent spada w dół, do bogów - Gabriel zrzucił kamień w dół do wody - Kiedy to się stanie? Może jutro, może za miesiąc, może za rok albo za 500 lat. I szczęście spotka dopiero dzieci dzieci twoich dzieci...

Podeszłam bliżej i spojrzałam w dół za tonącym w otchłani kamieniem. Coś w tym jest. Może stąd się biorą ci "w czepku urodzeni" albo "pod szczęśliwą gwiazdą"? Może dlatego głupi Synowiec zawsze ma szczęście? Moi drodzy przodkowie więc, jeśli zostawiliście kiedyś jakiś podarek dla dawnych słowiańskich bóstw, to wiedzcie, że wasze prośby zostały właśnie wysłuchane. Oto prezent trafił tam, gdzie trzeba. Warto było waszego przedwiekowego zachodu dla tego mojego, jednego, cudownego dnia na drugim końcu świata - pomyślałam patrząc w błękitną wodę falującą w otworze bez dna.

Skaczę do cenotu. Gdy patrzyłam na to z góry, to wydawało się wyżej :P

Tu zaczyna się podziemny korytarz jezior (jestem tam! widzicie?)

Taka właśnie maczeta to nieodłączny atrybut tutejszych romantycznych spacerów.

Nasi cudowni gospodarze. Ruben (po lewej) był pierwszym Meksykaninem, kiedy zaczynał się cały hipisowski szał na Goa. Mimo, że ma już prawie 60 lat, nie zostawił gdzieś w podróży swojego wagabundzkiego stylu życia. Mówi, że nie żałuje żadnego dnia. Dalej moja towarzyszka podróży Wiebke, Gabriel, Mayte, Kaya - druga z towarzyszek no i ja w jakiejś pokracznej pozie.

Nasza księżniczka - córeczka Mayte - opowiedziała nam historię tego miejsca. Pływają tutaj ryby, których można dosiąść i pływać na ich grzbietach po wszechświecie. Można tak dopłynąć o tam, do gwiazd.

Wiebke opanowuje sztukę wspinaczki po linie w górę cenotu.

No i zemsta Aarona. Dla równowagi w przyrodzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz