niedziela, 26 maja 2013

Stuck in paradise

Przybiliśmy do drewnianego mola San Marcos tuż przed deszczem. A musicie wiedzieć, że nasz polski deszczyk to jedynie daleki, gejowski kuzyn tego deszczu tutaj. Ten deszcz tutaj to nie przelewki. Do wszystkich miasteczek na brzegu Lago de Atitlan przypływa się małą łódeczką. Przy molu kręcą się miejscowe dzieciaki. Od razu gdy nas zobaczyły złapały się za nasze instrumenty i udawały, że są gwiazdami rocka. Odprowadziły nas z tą radosną muzyką aż pod same drzwi cabanii, która jest tutaj naszym nowym domem. Chwilę potem lunęło.

Wyłoniliśmy się na świat dopiero późnym wieczorem, gdy było już zupełnie po deszczu. Zupełnie cicho. I zupełnie ciemno, bo deszcz zabrał nam prąd. Wyszłam na próg naszej chatki, gdy ni z tego ni z owego obok mnie wyrosła postać dorodnego hipisa, który wyglądał jak Devendra Banhart. Przynoszę wam światło - powiedział. To światło tutaj? - wskazałam na żarówkę. Nie, to tutaj - odparł wskazując na mój obojczyk. Przedstawił się, porozmawialiśmy chwilę. To ja znikam medytować - powiedział. Znikasz? - zapytałam. Tak, pokazuję się tylko niektórym. Inni nie mogą mnie zobaczyć - powiedział, gdy akurat za moimi plecami pojawił się Aaron. Spojrzałam na niego, a gdy się odwróciłam, Devendry już nie było.

sobota, 25 maja 2013

Moje wielkie gwatemalskie wakacje

Jak już jesteście w San Cris, to bardzo prawdopodobne, że Was rzuci do Gwatemali. Z San Cris to tylko 5 godzin do granicy. Więc wszystkich rzuca zazwyczaj. Mnie do tej pory nie rzuciło, aż mnie to zastanowiło. Więc postanowiłam zrobić sobie wakacje od Meksyku. Odpoczywam od magii Mexica Magica przez dwa tygodnie w Gwatemali.

Jako że wiem, że kochacie oglądać moje fotki z Gwatemali, gdy w Polsce urwanie chmury, to Wam wkleję kilka foteczek z San Pedro de Laguna. Jeśli jesteście w Gwatemali, to nad Lago de Atitlan na pewno prędzej czy później też Was rzuci. Jeśli pragniecie rozrywki i towarzystwa gotowych na wszystko młodych Amerykanów, to wybierzcie San Pedro. To najbardziej imprezowe ze wszystkich miasteczek nad brzegiem jeziora. Spędziliśmy tu upojne 4 dni, po których przenieśliśmy się do zacisznego San Marcos, gwatemalskiej mekki hipisów, gdzie jesteśmy teraz i podoba nam się tu bardziej. San Pedro ma jednak jedną podstawową zaletę - nie widać z niego San Pedro :) Widać tylko piękno otaczających jezioro wulkanów i dziką naturę.

Wszystkie kurioza gwatemalskiej stolicy hipisów - San Marcos, full moon party oraz składane tu śluby milczenia opiszę w następnym wpisie. Póki co foteczki.

poniedziałek, 20 maja 2013

El Mariachi Gringo

Gringo i gitarron, a to ci heca! - krzyczą Meksykanie, którzy widzą nas na ulicy. Mój Aaron zdecydował się bowiem związać swoje życie z tym iście meksykańskim instrumentem. Do jego nazwy często dodaje się nawet określenie "meksykański", żeby podkreślić jego wyłączność dla tego kraju. Gitarron jeszcze do niedawna był produkowany tylko w Meksyku, teraz oczywiście gitarrony rodzą się także, jak wszystko inne, w Chinach. Gitarron wygląda jak duża gitara z obfitym tyłkiem (etymologia nazwy to właśnie nic innego jak "duża gitara"). Na pewno kojarzycie ten instrument (i słusznie!) z mariachis. Nie ma grupy mariachis bez gitarrona. Aaron zaś - zupełnie prekursorsko - wprowadza gitarrona do muzyki bałkańskiej, klezmerskiej czy wczesnego amerykańskiego jazzu.