piątek, 26 kwietnia 2013

Malinche - Bolesna Matka Meksykanów

Znajomi mówią, że jestem malinchistą, że tak podobają mi się dziewczyny ze wschodu Europy. A mnie po prostu nie kręcą Meksykanki. Nic nie mogę z tym zrobić - wyznał mi Carlito po kilku mezcalach któregoś wieczoru w Deefe. "Malinchista" to w Meksyku zdrajca swojego narodu. Słowo to pochodzi bezpośrednio od Malinche - kochanki Cortesa - uważanej za matkę pierwszego Meksykanina. Zdrajczyni, bohaterka, dziwka, postać tragiczna. Chyba nikt nie ma tylu sprzecznych uczuć na temat własnej matki co Meksykanie. Do postaci Malinche Meksyk odnosi się tak często, że zaczynało mnie boleć na blogu, że nie mogę napisać na ten temat, bo moi czytelnicy raczą jeszcze nie wiedzieć, kto zacz. Więc kontynuując opowieści o ważnych meksykańskich postaciach kobiecych przedstawiam Wam dziś Malinche. Dziś tylko sucha historia Malinche. Na wszystko, co na około, przyjdzie nieubłagany czas.

niedziela, 21 kwietnia 2013

La Catrina - Pierwsza Dama Meksyku

Meksyk szkieletami stoi i niektórym owe szkielety mogą się trochę pomieszać. Dzisiaj umówiłam się z La Catriną - kościstą panią, której - jak jest się w Meksyku - nie da się nie spotkać. La Catrina to żadna bliska krewna Santa Muerte, chociaż wydawać by się mogło po wyglądzie, że są spokrewnione. Podstawowa różnica polega na tym, że Santa Muerte jest na poważnie, a La Catrina jest dla jaj. Santa Muerte jest świętą, ma władzę i rząd dusz, budzi podziw i grozę. La Catrina jest zaś wesołą satyrą na śmierć, tancereczką dance macabre w nowoczesnym wydaniu, memento mori w ostrym makijażu. Obie zaś, choć w różny sposób, pokazują, że śmierć jest jedyną pewną rzeczą na tym świecie.

sobota, 20 kwietnia 2013

To kocham to miasto zmęczone jak ja

Fundamenty naszego świata stawia się raz. Wiedza zdobyta w dzieciństwie na zawsze pozostaje prawdziwa. Pluton zawsze będzie planetą. Pary biegnące w las i w świętego Jana zawsze znajdować będą tam kwiat paproci. A Meksyk zawsze będzie największym miastem świata. Gdy jest się w Deefe, ta prawda jawi się jako najbardziej oczywista rzecz na świecie.

To miasto jest jak sakiewka bez dna. Jak butelka wina, która nigdy się nie skończy. Jak bateria, która nigdy się nie wyczerpie. Jeśli, mój turysto, myślisz, że udało Ci się zwiedzić Wszystko, to nijak ma się to do prawdy. Tutaj must-see-places wylewają się po brzegach Doliny Meksykańskiej, a Deefe jest jednym z tych miast, na zwiedzenie którego trzeba całego rocznego przydziału urlopowego. Co najmniej. Jak sobie kalkuluję, to spędziłam tu w sumie już jakieś 4-5 tygodni. A wciąż wyjeżdżam z jakimś nieodhaczonym punktem na liście miejsc, które zamierzają poznać moje kroki. I oczywiście z każdym wyjazdem tych punktów jest coraz więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia Deefe. 

wtorek, 16 kwietnia 2013

WNM z Santa Muerte

Dzisiaj trochę poczarujemy. Specjalnie dla Mexico Magico Blog lekcja pozyskiwania Wielkiej Nieskończonej Miłości z Santa Muerte. Wybraliśmy się wczoraj znów na Mercado de Sonora, gdzie pojęliśmy, jak utrzymać naszą miłość NA ZAWSZE. Rytuał jest prosty, wymaga tylko kilku niezbędnych składników:

Żeby cały rytuał się udał, ważnym jest, żeby wykonywać go w samotności, spokoju oraz jasności umysłu. Wtedy energia z magicznych składników będzie mogła się skanalizować. Rytuał wykonuje się w pełnym przekonaniu i tylko wtedy, gdy wiemy, że nasza miłość jest prawdziwa.

Składniki:

sobota, 13 kwietnia 2013

Miłość, szmaragd i Indiana Jones

Komu w drogę, temu czas. Meksyk nie ma wielkości chusteczki do nosa jak San Cristobal, jest wielki jak sześć Polsk. Ruszyliśmy więc w kraj, w Meksyk, a konkretniej na początku w stan Veracruz. W samym mieście Veracruz byłam w zeszłym roku na karnawale. Stan Veracruz jest wielki i szeroki, a jego stolicą wcale nie jest Veracruz, a Xalapa, którą odwiedziliśmy tym razem. Xalapę rzadko widuje się na mapie turystycznych wypadów do Meksyku, a szkoda. Pierwszą rzecz, jaką usłyszałam o Xalapie to pogłoska, że Xalapa to takie San Cristobal, tyle że większe. Większe to prawda, bo Xalapa ma pół miliona mieszkańców. Są też wprawdzie góry, romantyczne kolonialne uliczki, duża scena muzyczna i oferta kulturalna, ale jak dla mnie tutaj podobieństwa obu miast się kończą. Spędziliśmy w Xalapie niesamowity tydzień i planujemy tu wrócić nie raz nie dwa, ale miłość ma się tylko jedną. San Cris <3

Xalapa jednak ma coś jeszcze. Okolice. Po pierwsze, małe klimatyczne miasteczka takie jak Coatepec i Xico, które leżą w odległości siedmiu i dwudziestu siedmiu kilometrów od miasta. Coatepec to jedno z meksykańskich Pueblos Magicos, jak również przemeksykańskie knajpki z muzyką son jarocho na żywo, ze spontanicznymi kilkunastoosobowymi zespołami i piosenkami, które trwają po 15 minut. Po drugie, przyroda! Zieleń instant, zieleń najzieleńsza w swojej zieloności! I dzikość rodem z Indiany Jonesa. Knieje, potoki, przepaście i zawieszone nad nimi linowe mostki. Plantacje kawy ukryte w cieniu lasów palmowych. To stąd pochodzi jedna ze słynniejszych meksykańskich kaw. Mówi się, że kawa z Chiapas to aromat, kawa z Xalapy to siła, a kawa z Oaxaci daje jedynie objętość. Najlepsza więc meksykańska kawa jest mieszanką wszystkich trzech. W okolicy Xalapy, na rzece La Antigua, w okolicy miasteczka Jalcomulco nakręcono również 2/3 scen do filmu "Miłość, szmaragd i krokodyl".

piątek, 12 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.2

Nie ma świąt bez barana! - orzekłam - Jeśli nie znajdziemy na targu barana, to święta uważam za niebyłe! Co z tego, że Meksykanie nie ubierają czekoladowych zajęcy i jaj w sreberka, święta mają być takie, jak trzeba. I były jak trzeba. Moje pierwsze święta w życiu bez rodziny musiały być takie jak trzeba.

W sobotę zaprzęgłam cały hostel do malowania jaj.

środa, 10 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.1

W podróży nic się nie ukryje. W podróży upadają różne mity. W łeb też biorą życiowe prawdy. W tym największa z nich - powszechnie znana prawda, która mówi, że kobiety nie robią kupy. Moja przyjaciółka w zaparte i latami wtłaczała ją do głowy swojemu chłopcu, aż do momentu, kiedy przeprowadzali się razem na irlandzkie saksy. Haha! - ucieszył się - Teraz przekonam się, że robisz kupę. A ona dalej w zaparte, a on w Irlandii pod drzwi łazienki. Haha, - krzyczy, gdy ona opuszcza przybytek - Słyszałem plusk!. Ach, to, to tubka pasty do zębów mi wpadła przypadkiem do muszli - odparła zaradnie moja przyjaciółka i oboje żyli dalej w uroczej prawdzie o tym, że kobiety kupy nie robią. Tak czy siak mnie upadek tej prawdy tak dał w kość, że nie pisałam przez jakiś czas. Dlatego dzisiaj cofamy się do czasów zamierzchłych - mianowicie mojej tu Wielkanocy. Z informacji praktycznych napomknę jednak, że instytucja lekarzy i lekarstw ma się tu świetnie. Przy każdej niemalże aptece siedzi w zamkniętym gabinecie lekarz i z ulicy można wejść i z niego skorzystać. Taka przyjemność jest albo darmowa i mówi po angielsku (jak w San Cris) albo kosztuje 20-25 pesos (5 złociszy). Za pełen komplet lekarstw z antybiotykami włącznie dałam jakieś 12zł. Nic tylko chorować tutaj.