środa, 27 lutego 2013

Mercado La Lagunilla

Po imprezowym weekendzie kontynuujemy wycieczkę po stołecznych bazarach. Zbliżamy się coraz bardziej do sławnego/niesławnego Tepito, na które namierzam się od dawna, ale jeszcze nie było dane mi się tam wybrać. La Lagunilla, na którą idziemy teraz, leży dokładnie po drugiej stronie ulicy od Tepito. Co więcej leży w samym centrum miasta -  10 bloków od Zocalo ("blocks" to taka oficjalna miara przestrzeni miejskiej po tej stronie oceanu). La Lagunilla to jeden z większych stołecznych bazarów, który słynie z trzech sprzedawanych tu towarów: używanych, zabytkowych mebli (jedynie w niedzielę), sukien ślubnych i ubrań na na inne święta oraz z szeroko pojętego baratillo - czyli towarów najtańszych (od hiszp. słowa "barato" - tanio).


poniedziałek, 25 lutego 2013

Vamos a la fiesta

Przez weekend mnie nie było z bardzo prostej przyczyny. Imprezowałam. Impreza jest nieodłączną częścią życia. Szczególnie meksykańskiego.  Nie od paradejki zwą mnie tu przecież Borrachosky tudzież Poloca.

Plan imprezowy ubiegłego weekendu przedstawiał się następująco:

PIĄTEK
- piwko na Zona Rosa, dzielnicy, która ma sławę gejowskiej. Gdy przyjdzie się tu w nocy, to na ulicach ogląda się lepsze gejowskie  stroje niż w teledysku "YMCA".
- lucha libre na Arena Mexico, znowu tak samo pysznie. Widziałam na żywo Kemonito i rzut karłem w publiczność.
- impreza w klubie Uta. Klub ten gromadzi różne dziwolągi, jak również kolejny raz przypadkowo spotkanych Greków z samolotu.

piątek, 22 lutego 2013

Synchroniczny makijaż meksykański

Synchroniczne robienie makijażu przez kobiety w metrze każdego ranka  było moim pierwszym wspomnieniem z Meksyku, kiedy przyjechałam tu w  sierpniu 2011 roku. W meksykańskim metrze w godzinach szczytu funkcjonuje taka instytucja jak specjalny wagon dla kobiet i dzieci.  Kobiety urządziły sobie tam swoją własną enklawę intymności. Co rano uprawiają tam synchroniczny makijaż. Każda jedna wyjmuje kosmetyczkę,  lusterko i przygotowuje się do pracy.

Tym razem mam jednak Jimenę i metrem poruszam się rzadko, bo Jimena  jest Meksykanką zmotoryzowaną. Dzięki temu mogę oglądać taki sam synchroniczny makijaż, jednakże w samochodach. Na światłach, w korkach, a nawet w trakcie prowadzenia samochodu Meksykanki są w stanie wykonać mistrzowski makijaż. Jimena mówi, że nigdy nie robi  makijażu w domu. Bo i po co. Do centrum jedzie pół godziny, zawsze może go przecież zrobić wtedy. Podobnie instytucja różowych taksówek, które są przeznaczone tylko dla kobiet, jest obowiązkowo wyposażona w lusterko na oparciach przednich siedzeń.


środa, 20 lutego 2013

Mercado San Juan

Jak już wspomniałam ten pobyt w Deefe sponsorują stołeczne bazary. Po raju dla mojej duszy, jakim był wczorajszy bazar de Sonora, dzisiaj wybraliśmy się do raju dla ciała - Mercado San Juan. Położony w centrum Deefe istnieje jako miejsce targu już od czasów prekortezjańskich, a zwał się wtedy Moyotlán. Ale to nie ze swojej wielowiekowej tradycji słynie, ale z produktów, które można tam kupić. Mercado San Juan to przepiękny przegląd najdziwniejszej spożywki. 

Można tu kupić mięso małpy, kokodrila, węża i innych zwierząt. Można kupić jadalne kwiatki, które wyglądają jak bratki. Można też kupić najdroższą w swoim życiu kanapkę z serem i wędliną, która kosztuje 500 złotych. Albo - jeśli ma się takich towarzyszy jak Dom i Juan, z którymi tam się wybrałam - można skosztować za darmo wędliny, która zwie się pata negra i kosztuje 3300 pesos za kilogram (ponad 800zł).

wtorek, 19 lutego 2013

Mercado de Sonora

Santa Muerte, magiczne eliksiry, zioła, kozy, pawie, maski, laleczki voodoo... To wszystko można kupić na Mercado de Sonora czyli moim nowym ulubionym miejscu ever. Moje tegoroczne Deefe dedykuję wizytom na stołecznych bazarach. A zacząć musiałam oczywiście na Mercado de Sonora, które słynie przede wszystkim z handlu "brujerią", czyli szeroko pojętą "magią", białą i czarną. Na jednej półce stoi tu Święta Śmierć, bogowie z santerii, Panienka z Guadalupe, święci katoliccy, Jesus Malverde oraz końskie kopyta. Sprzedaje się tu również pełen inwentarz żywych zwierząt oraz gadżety na imprezy, typu przebrania, maski i inne kiczowate cudoki. Znajdziemy tu również zioła i eliksiry na każdą chorobę . Do 1990 roku, zanim to zalegalizowano w Meksyku aborcję, można było tutaj kupić lek i na tę dolegliwość.

 Kto mnie zna ten wie, jaką dziką radością było dla mnie to wszystko.

Mexico po raz trzeci!

Zawsze ubolewałam na tym wylewnie na blogu, że podróże w dzisiejszym świecie odbywają się za szybko. Że budzę się w swoim warszawskim łóżku, a zasypiam już w Meksyku. Tęskniłam za podróżami statkiem, które dają możliwość zamknięcia w głowie pewnego okresu i przygotowanie się na nowe, nieznane. I jak chciałam, tak dostałam. Po przejechaniu kilku kółeczek wokół lotniska Charles de Gaulle w Paryżu, mój lot przełożono na następny dzień. Cała ta draka zaowocowała takimi radującymi me polskie serce atrakcjami jak: noc w Paryżu, darmowy hotel Campanile, obiad, kolacja i śniadanie, open bar w hotelu, a także 430 osób, które znalazły się w tej samej sytuacji.

Bycie samotną podróżniczką w takich sytuacjach byłoby straszliwie smutne, ale na szczęście instytucja samotnej podróżniczki jest dość popularna, więc zwarłyśmy szeregi i przetrwałyśmy to wspólnie z Josephine z Danii i Katyą z Niemiec.Całe zamieszanie wydarzyło się ewidentnie przez tę drugą panią, którą lotnisko Charles de Gaulle wciąga jak czarna dziura. Spędziła ona pół roku temu 11 dni koczując właśnie na terminalu 2E w oczekiwaniu na swój lot. Cała historia była jak z filmu "Terminal", a jej siostra, która towarzyszyła jej w tej przygodzie, napisała o tym artykuł do niemieckiej prasy podróżniczej.

Obie dziewczyny, Josephine i Katya mają chłopaków Meksykanów, których akurat odwiedzały. Więc jeśli myślicie, że związek na odległość typu Warszawa-Kraków nie ma szans na przetrwanie, to spójrzcie sobie na meksykańskie miłości moich towarzyszek. Podróże kolejny raz pokazują mi, że nic nie jest niemożliwe.

Zmalowałam nam taki pamiątkowy rysunek: