wtorek, 22 stycznia 2013

Mole po meksykańsku

W San Cristobal na mole zwykle chodziłyśmy w niedzielę. Miałyśmy takie sekretne miejsce, gdzie robili najlepsze mole w mieście. Nazywałyśmy je peronem 9 i 3/4, bo wejście do wielkiej hali z korytarzami pełnymi małych knajpek było szczelnie ukryte. Nigdy nie powiedzielibyście, że 50-centymetrowa luka między dwoma namiotami, które sprzedają nielegalne nagrywane w kinie dvd i płyty z 164 przebojami narcocorridos, prowadzi do gastronomicznego raju. Gdy siedziałyśmy tam i jadłyśmy pyszne mole, a żwawe Indianki tylko dorzucały nam świeżych tortilli, czułyśmy się jak królowe świata. Smak - jednocześnie słodki i ostry - zahaczał o tak wiele różnych dziwnych zakamarków i przypraw, że trudno było powiedzieć, co się nań składa. Wtedy nie myślałam, że uda mi się kiedykolwiek przyrządzić mole. No przynajmniej nie w tym życiu.