sobota, 21 grudnia 2013

Las Posadas - dlaczego nie mamy ich w Polsce?

Chyba wszyscy zgodzimy się, że Boże Narodzenie jest najprzyjemniejszym świętem w roku. Skoro jest takie sympatyczne, to czemu nie zacząć świętowania wcześniej? Meksykanie poszli po rozum do głowy i organizują świąteczne spotkania już od 16 grudnia. Spotkania te nie mają nic wspólnego z naszymi "małymi wigiliami" zwanymi "opłatkami" albo "śledzikami", których maratony odbywam co roku w pracy, w szkole, z emerytami z kicowego akademika oraz w barze u Zielonego w Kozienicach. W Meksyku spotkania te to odrębna tradycja, która nazywa się posadas.

9 spotkań odbywa się w kolejne grudniowe wieczory aż do wigilii i ma symbolizować 9 miesięcy ciąży Maryi oraz jej wędrówkę z Józefem do Betlejem. Dlaczego ta tradycja, katolicka jak się wydaje, nie jest znana w Polsce? Ano bo tak naprawdę oryginalnie katolicką nie jest. Posadas swą genezę zawdzięczają nikomu innemu jak Huitzilopochtli, azteckiemu bogowi wojny i słońca. To właśnie jemu składano tradycyjnie cześć w tym samym czasie, na który przypadają obecnie posadas.


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Moja meksykańska piniata (przegląd 20.11 - 14.12)

Wczoraj pisałam Wam, że Meksyk jest jak piniata. Twarda gliniana opoka wydaje się być twarda do przebicia, ale po jakimś czasie pęka i spada na nas deszcz słodyczy. Moja meksykańska piniata wydaje się być sakiewką bez dna. Wciąż wysypują się w Meksyku na mnie różne słodkości. Nie pisałam bloga już dobre dwa tygodnie, a to wszystko dlatego, że... się zasłodziłam. A było czym! W ostatnim miesiącu pokazałam się na scenie kulinarnego programu, zostałam adoptowana przez światowej sławy astrolog, w nocy 1 grudnia bawiłam się na festiwalu na plaży.

Meksyk jest jak piniata

Meksyk jest jak piniata. Popularna tu, szczególnie przed świętami, zabawa polega na rozbiciu z zawiązanymi oczami kijem wiszącej pod sufitem kuli wypełnionej słodyczami. Na początku wydaje się, że konstrukcja jest zbyt twarda i nijak nie da się przez nią przebić. Ale już jakimś czasie twarda opoka pęka i wysypuje się z niej deszcz różnorodnych słodkości. Takich ukrytych słodkości Meksyk ma w zanadrzu mnóstwo. My wybraliśmy dla Was 10, według nas najpyszniejszych  - piszę w tym miesiącu we wstępie artykułu "10 rzeczy, które musisz zrobić w Meksyku" dla magazynu "All Inclusive".

Od dzisiaj aż do wigilii w Meksyku każdego dnia rozbijane będą miliony piniat. To dlatego, że Boże Narodzenie świętować zaczyna się tutaj o wiele wcześniej niż w Polsce. 9 tradycyjnych spotkań zwanych posadas ma symbolizować 9 miesięcy ciąży Maryi podczas jej wędrówki z Józefem do Betlejem. Każda z imprez odbywa się w innym mieszkaniu, a o tym, że będziesz jutrzejszym gospodarzem dowiesz się najwcześniej dzisiaj wieczorem.


sobota, 30 listopada 2013

Jungle Experience All Inclusive (8 przygód, 8 porad)

Mamy tu wszystko - każdy Meksykanin jest dumny ze swojego kraju - Mamy tu pustynie, góry, ocean i wulkany, puszcze tropikalne - wymieniają, a wymieniankom nie ma końca. Bo w Meksyku naprawdę można znaleźć reprezentantów wszystkich atrakcyjnych form naturalnych. No może poza mazowieckimi wierzbami i sitowiem ;) Dzisiaj więc przeniesiemy się w jedno z tych meksykańskich miejsc - w sam środek meksykańskiego lasu tropikalnego. Biura podróży oferują "jungle experience" w pakiecie all inclusive, ja zaś doradzę Wam, jak zapewnić sobie tropikalną przygodę a la Indiana Jones własnym sumptem.

Do Palenque podczas podróży po Meksyku trafia się prędzej czy później. Miasteczko znane z majowskich ruin, gdzie ponoć wynaleziono koniec świata 2012, leży bowiem w idealnej przerwie przystankowej między chłodem San Cristobal de las Casas a turkusową wodą półwyspu Jukatan. Chcąc nie chcąc trafiłam więc do Palenque już po raz trzeci. Wszystko za sprawą wyprawy, którą nastoletnia Ola wyśniła sobie, bo naczytała się za dużo Kerouaca i innych powieści drogi. Trasa koncertowa, stary amerykański autobus szkolny, odpicowany tak, że w środku wygodnie może spać 8 osób. W środku Włosi, Amerykanin, Nikaraguanka i Polka (jo!), cygańska muzyka, a za oknem krowy, dzieci, owce, drewniane chatki i cała reszta meksykańskiego stanu Chiapas. Ahoj przygodo!

środa, 20 listopada 2013

Kim jest święta Anivdelarev?

Dzisiaj swoje imieniny obchodzi Anivdelarev. Imię to jest zaskakująco popularne w Meksyku. Zaskakująco, bo Anivdelarev wcale nie jest imieniem, a skrótem od rocznicy Rewolucji Meksykańskiej, która wybuchła 20 listopada 1910 roku. Wielu rodziców - podobnie z resztą jak w Polsce - nadaje tutaj imiona dzieciom po prostu zerkając w kalendarz i patrząc, jaki święty patronuje dniu narodzin potomka. 20 listopada w meksykańskim kalendarzu nie jest sygnowany wspomnieniem żadnego świętego. Znajduje się tu jedynie krótki zapis "Aniv. de la Rev.", co jest skrótem Aniversario de la Revolucion. Ładne imię dla dziewczynki - musieli pomyśleć rodzice i teraz po Meksyku chodzi sporo kobiet o imieniu Aniv de la Rev, tudzież Anivdelarev pisanej łącznie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Photoshop po meksykańsku

Moi meksykańscy kumple mówią na mnie malinchista- powiedział mi Carlito, który właśnie przywiózł sobie z Ukrainy nową dziewczynę. Dom śmieje się, że Carlito nie wraca z Europy Wschodniej bez dziewczyny. Jakoś nie podobają mi się meksykańskie dziewczyny, wolę Europejki - wyjaśnił. Mówią na mnie el Mosquito - lecę tylko na blondynki - podobną historię zaledwie kilka tygodni później opowiedział mi inny znajomy - Pepe. O tym, że komary lecą tu głównie na blondynki, przekonałam się na własnym, biednym ciele. Jestem tu magnesem na komary. Moje nogi z galaktykami blizn i strupków po ukoszęniach są zbiorem suwenirów z różnych podróżniczych destynacji. Meksykańscy znajomi śmieją się, że powinni mnie tu zatrudniać jako lep i płacić 50 pesos za godzinę.

Co jednak z tymi biednymi meksykańskimi chłopakami, którzy nie czują mięty do Meksykanek? Skąd porodziło ich się tylu co komarów po deszczu? Do tego doszliśmy wśród ruin Palenque, gdzie wciąż jesteśmy. Dzisiaj porozmawiamy więc o meksykańskim ideale piękna. Wyjdziemy od Majów, którzy uważali, że wysokie czoło jest cool, a skończymy na tym, jak to meksykańskie dzieci myślą, że jasnoskóra lalka jest dobra, a ciemnoskóra zła. Po drodze będą push-upy do pupy, rasistowskie reklamy i kilka odcinków meksykańskich telenowel.


piątek, 15 listopada 2013

Duch święty w spreju, mydełko na podwójne szczęście i perfumy na deszcz pieniędzy

Szczęście, które masz Ci nie wystarcza? Umyj się mydełkiem na podwójne szczęście! Szef nie płaci w terminie? Poperfumuj się do pracy specjalną wodą kolońską. Na bazarkach w Meksyku znajdziesz leki na wszelkie życiowe dolegliwości. Za jedyne 2,50 zł można kupić sobie powodzenie na każdej linii.

Właśnie do jednego z takich sklepików udaliśmy się, by odczarować polskie Święto Niepodległości. 11 listopada spędziłam w San Cristóbal de las Casas z czwórką podróżujących po Meksyku Polaków. Anię i jej znajomych - Ninę, Piotrka i Michała - poznałam dzięki temu blogowi. Ania w swoim komentarzu pod moim postem o Święcie Zmarłych napisała, że Mexico Magico Blog był dla niej otuchą przed planowaną właśnie podróżą do Meksyku. Głęboko połechtało mnie to, jak go określiła "Piękna alternatywa do - nie ujmując nikomu - pamiętników pensjonarskich w wydaniu par przeważnie... Poczucie humoru plus "językowa nonszalancja" to się czyta a i pewnie słucha". Kazałam jej się natychmiast do mnie odzywać, żeby się w Meksyku spotkać. Zupełnie przypadkiem wpadłyśmy jednak na siebie na ulicy w San Cristobal i świetnie spędziłyśmy razem 11 listopada. Do tego, że totalnie się w Ani zakochałam, doszła jeszcze wspólna polska kolacja w hostelu Iguana. Był tradycyjny barszcz, polska muzyka i mnóstwo gości, którym mogliśmy opowiadać o najlepszych stronach polskiej kultury. Taki Dzień Niepodległości to ja rozumiem!

Wcześniej zaś wybraliśmy się razem na bazarek, a dokładniej do mojego ulubionego sklepiku, do którego zaprasza wielka figura Santa Muerte. Te kilkanaście metrów kwadratowych jest dla mnie ciekawsze niż większość muzeów w San Cristóbal i innych miejscowych turystycznych atrakcji.

piątek, 8 listopada 2013

Tak będziesz wyglądać!

Kościotrup z laptopem. Słitaśna foteczka kościstej seksi laski. Kelner-kościotrup, szewc-kościotrup, a nawet striptizerka-kościotrup. Podczas Dias de los Muertos Meksyk zostaje obdarty ze swej doczesnej cielesności. Święto Zmarłych to nie tylko okazja, by w zadumie wspominać bliskich, którzy odeszli. To także okazja, żeby pokazać, że za 100 lat z tego dzisiejszego Meksyku zostaną tylko i wyłącznie kości. Podobnie jak i z nas.

sobota, 2 listopada 2013

To lepsze niż Gwiazdka!

To lepsze niż Gwiazdka! - westchnęła rozanielona Paulina przybierając ołtarzyk kwiatami. Frajda z urządzania ołtarzyka to coś jak nasze ubieranie choinki. Zapach aksamitki koi niczym aromat igliwia. Jedzenie słodkiego pan de muerto na koniec dnia to jak długo wyczekiwane prezenty. Ale Dias de los Muertos to nie tylko to. To piękne, głębokie święto, które pomaga spotkać się z bliskimi, którzy już odeszli. Spojrzeć na przeszłość i przyszłość. I znać sobie sprawę z tego, kim, dlaczego i gdzie jesteśmy.

Ofrenda w domu musi być - powiedziała Paulina, perkusistka zespołu Aarona, u której mieszkamy. Zarządziła wielkie przygotowania. Dwa dni wcześniej poszliśmy na targ po papel picado, świece i kopal do palenia. Dzień wcześniej przynieśliśmy aksamitki i cukrowe czaszki. Do ostatniej chwili czekało jedzenie, woda i pan de muerto. Nie różniliśmy się tym od reszty Meksykanów. Ołtarzyki stawia się w Meksyku wszędzie - w sklepie mięsnym, w szkole podstawowej i na dworcu autobusowym. Powszechność tego zwyczaju można porównać śmiało do przedświątecznych choinek.

piątek, 1 listopada 2013

Imieniny Santa Muerte

1 listopada to w Meksyku nie tylko Wszystkich Świętych. Wielu Meksykanów tego dnia nie pali świeczek na cmentarzach, tylko na ołtarzyku swojej nowej świętej. 1 listopada to tutaj również imieniny i wspomnienie Świętej Śmierci. Według badań, wierzy w nią 5% Meksykanów, czyli prawie 5 milionów osób!

Jak to się stało, że do panteonu świętych w Meksyku dołączyła Santa Muerte? Żeby zrozumieć ten fenomen, trzeba zejść do samych podstaw meksykańskiej religijności i często powtarzanej przeze mnie różnicy w podejściu do Boga tu i tam. Gdy w Polsce modlimy się do Boga, żeby coś nam dał i on nam to daje, to nazywamy to cudem. W Meksyku jest to jego świętym obowiązkiem. Jeśli poproszony o daną "przysługę" święty mimo gorliwych modlitw okazuje się średnio skuteczny - ląduje w naszej niełasce do odwołania. Są nawet w Meksyku kościoły, gdzie bardziej niezawodni święci mają swoje figury bliżej ołtarza. A gdy powinie mu się noga, to siup - figura leci bliżej drzwi. W najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Deefe - Tepito - jej oficjalny patron, św. Franciszek, średnio dawał sobie radę. Bo gdzie tu jego łagodność i pokojowe nastawienie do świata do tego, co dzieje się na tutejszych ulicach? Mieszkańcy zamienili go więc na bardziej orientującą się w problemach dzielnicy patronkę - Świętą Śmierć właśnie.

środa, 30 października 2013

Ołtarzyk dla zmarłych według Walmartu

Te święta są jednymi z ważniejszych w Meksyku. Każdy, najmniejszy nawet sklep tonie w kościstych dekoracjach. Każdy bar czy zakład pracy buduje obowiązkowo ołtarzyk. Święto Zmarłych już na kilka tygodni przed właściwym dniem opanowuje Meksyk. I tak, nazywa się to właśnie (jak to się mówi w Polsce - "po komunistycznemu") Dniem Zmarłych - Dia de los Muertos. Przygotowania do tego święta są widoczne w każdym zakamarku kraju, więc czemu nie miałyby być widoczne w Walmarcie?

Długo zastanawiałam się, jak ugryźć na blogu Święto Zmarłych. Tego dnia oczy całego świata są zwrócone na Meksyk, a w polskich mediach napisano na ten temat już chyba wszystko. Zapraszam Was zatem na niezobowiązującą wycieczkę do Walmartu. Tam, jak na dłoni, możemy zaobserwować wszystkie świąteczne zwyczaje.

niedziela, 27 października 2013

Jednodniowy wypad do Polski


Wczoraj urządziliśmy sobie wycieczkę do Polski. Tylko na jeden dzień. I nie ruszając się z Deefe. Wczoraj wieczorem bowiem odbyło się spotkanie inauguracyjne AmaPoli, która ma przybliżać Meksykanom polską kulturę. Z tej okazji był barszcz, paszteciki, szarlotka oraz projekcja filmu "Chłopaki nie płaczą" ("Chicos no lloran"). Wcześniej zaś zmówiłam mieszkające tu Polki na wspólne babskie polskie śniadanie.

czwartek, 24 października 2013

Cenotes, czyli niebiańska wycieczka do piekła Majów

Ty i twoja dusza wcale nie jesteście jednością. Jeśli o nią nie dbasz, upiory mogą porwać ją do siebie. Wtedy nie masz innego wyboru, jak udać się po nią do piekła. Gdzie leży majowskie piekło? Tu gdzie i u nas - pod ziemią.  Tyle że owo majowskie "pod ziemią" jest zupełnie inne niż nasze. Pod Jukatanem bowiem znajduje się unikalny na skalę świata system podziemnych wód i jaskiń. Wejścia do nich - nazwane cenotami - były według Majów wrotami do piekła. Teraz są atrakcją turystyczną. Tak piękną, że prędzej powiedzielibyście, że są bramą nie do piekła, ale do nieba!


niedziela, 20 października 2013

Albo ty życie, albo życie ciebie

Słowo "chingar" jest niekwestionowanym władcą w królestwie meksykańskich wulgaryzmów. Jak już Wam pisałam, królestwo jest ogromne, różnorodne i zupełnie niepodległe od Hiszpanii. Niepodzielnie zaś włada tu "chingar" oraz reszta królewskiej świty - derywaty takie jak "chingon" czy "chingada".

"Chingar" znaczy w Meksyku - mniej więcej - tyle co "pieprzyć". Kto jak kto, ale Polacy, którzy także mogą poszczycić się obszernym słownikiem wulgaryzmów, wiedzą, ile nowych słów można utworzyć od tego jednego wyrazu. Tak jest i tutaj, w gąszczu derywatów od słowa "chingar" wyróżniają się jednak dwa z nich - biegunowo odmienne - "chingon" i "chingada".  "Chingon" - ten, który pieprzy - to taki polski "przekozak", "przechuj", rosyjski "molodziec" - spryciarz, cwaniak, osoba bystra i radząca sobie. "Chingon" - używane od meksykańskich salonów po meksykański slums - to także po prostu "fajnie", "klawo", "byczo". Takie meksykańskie "cool". "Chingon" może znaczyć też "dużo", nasze polskie swojskie "w chuj".

piątek, 18 października 2013

Meksykański Czarnobyl. Ostatni żywy pomnik huraganu Wilma

Każde miejsce ma jakieś ukryte perełki - brzmi stara podróżnicza prawda. Zgodnie z nią postanowiłam dać w końcu szansę turystycznemu Cancun. Do tej pory uciekałam z tego tranzytowego miasta tak szybko, jak się dało. Cancun było dla mnie nie Meksykiem, a enklawą Stanów Zjednoczonych. Samo wymawianie nazwy tego miasta powodowało u mnie niesmak niczym po zjedzeniu tłustego hamburgera z McDonalda. Wypełnione grubymi Amerykanami i pijanymi nastolatkami podczas spring breaku nie zasługiwało na wzmiankę na moim blogu. Ale poszłam po rozum do głowy. Postanowiłam poznać się lepiej z Cancun. I wtedy odkryłam to niesamowite miejsce.

poniedziałek, 7 października 2013

Jak do Meksyku?

Jak dolecieć do Meksyku za 150 euro w jedną stronę? A jak zrobiłam to, że doleciałam za 250 euro w dwie? Gdzie i jak szukam lotów przez wyjazdem do Meksyku? W związku z często pojawiąjącymi się mejlowymi pytaniami postaram się w tym poście powiedzieć Wam wszystko, co wiem na temat szukania lotów do Meksyku.

czwartek, 25 lipca 2013

Jak to jest z tymi numerami telefonów w Meksyku?





Wiele osób przyjeżdżając do Meksyku próbuje skontaktować się z jakimś meksykańskim numerem. Z tego powodu często wynikają różne nieporozumienia, gdyż cały koncept jest tu nieco ześwirowany. Trochę nerwów mi zjadł i trochę mi zajęło rozbrojenie go.







środa, 19 czerwca 2013

Nie wszystek wyjadę

 Zakończyłam trzeci sezon mojej meksykańskiej telenoweli. Jesteśmy w Brukseli. Okazało się, że po czterech miesiącach nie da się tak po prostu wyjechać z Meksyku. Chcieliśmy kulturalnie pobawić się tu w turystów i zaznać trochę Belgii, pierwszy raz w życiu. Ale okazało się, że się nie da. Zatrzymaliśmy się tu u znajomych znajomej, a oni zabrali nas na koncert. Koncert okazał się koncertem Walta. Walt w tym samym czasie gra na akordeonie, trąbce, perkusji oraz śpiewa i... ostatnio widziałam jego koncert dokładnie tej nocy, gdy poznałam Aarona. Grał przed nim support. Było to dokładnie 4 miesiące temu, w Deefe, na mojej imprezie powitalnej.

czwartek, 13 czerwca 2013

Meksykańska lekcja muzyki nr 2: Son Jarocho

Na początek czytania tego wpisu odpalcie sobie ten kawałek. To będzie taki soundtrack do czytania dzisiejszego posta. Bo dzisiaj porozmawiamy właśnie o muzyce.


niedziela, 9 czerwca 2013

Candigato Morris. Kot nowym prezydentem Xalapy?

Najpopularniejszym kandydatem na nowego prezydenta Xalapy jest Morris. Morris jest kotem. Podobnie jak inni kandydaci, po objęciu stanowiska nie zamierza NIC robić. Ale w odróżnieniu od pozostałych Morris jest dodatkowo przystojny.

piątek, 7 czerwca 2013

Hobo Kids, czyli co po hipsterach?

Hipsterzy są ostatnią subkulturą! - wieszczyły złowieszczo polskie poczytne tygodniki - Hipsterzy są zaprzeczeniem subkultury, a zarazem piękną klauzulą zamykającą epokę subkultur w ogóle. No bo co może być po nich? Ano może. I jest. W Stanach jednak ta subkultura narasta w tempie lawinowym. Aaron mówi, że żal mu opuszczać USA, bo nie będzie mógł na żywo obserwować tego zjawiska. Ale subkultura ta ma to do siebie, że podróżuje. Niedługo zawitają i do nas. Moi drodzy, poznajcie hobo kids. Subkultura, której korzenie sięgają XIX wieku, przeżywa po drugiej stronie oceanu swoje wielkie odrodzenie.

Moje ostatnie dwa tygodnie minęły właśnie pod znakiem hobo. Wróciliśmy z Gwatemali, bo rozhulała się tam na dobre pora deszczowa. Naszym nowym domem w San Cris na ten czas był stary autobus szkolny z USA. Aaron, włoska kapela Taluna i przyjaciele przyjechali nim tutaj całą drogę ze Stanów. Teraz autobus na dobre zaparkował w San Cris, podobnie jak jego właścicielka - Nicole, która jest tu na wymianie studenckiej. Piękny uśmiech losu chciał, że bus zaparkował dokładnie naprzeciwko punk house'a. A tam zatrzymały się nasze hobo dzieciaki. Ale zanim o nich, kilka zdjęć naszego home sweet home. Jarałam się nim jak dzika świnia.

niedziela, 26 maja 2013

Stuck in paradise

Przybiliśmy do drewnianego mola San Marcos tuż przed deszczem. A musicie wiedzieć, że nasz polski deszczyk to jedynie daleki, gejowski kuzyn tego deszczu tutaj. Ten deszcz tutaj to nie przelewki. Do wszystkich miasteczek na brzegu Lago de Atitlan przypływa się małą łódeczką. Przy molu kręcą się miejscowe dzieciaki. Od razu gdy nas zobaczyły złapały się za nasze instrumenty i udawały, że są gwiazdami rocka. Odprowadziły nas z tą radosną muzyką aż pod same drzwi cabanii, która jest tutaj naszym nowym domem. Chwilę potem lunęło.

Wyłoniliśmy się na świat dopiero późnym wieczorem, gdy było już zupełnie po deszczu. Zupełnie cicho. I zupełnie ciemno, bo deszcz zabrał nam prąd. Wyszłam na próg naszej chatki, gdy ni z tego ni z owego obok mnie wyrosła postać dorodnego hipisa, który wyglądał jak Devendra Banhart. Przynoszę wam światło - powiedział. To światło tutaj? - wskazałam na żarówkę. Nie, to tutaj - odparł wskazując na mój obojczyk. Przedstawił się, porozmawialiśmy chwilę. To ja znikam medytować - powiedział. Znikasz? - zapytałam. Tak, pokazuję się tylko niektórym. Inni nie mogą mnie zobaczyć - powiedział, gdy akurat za moimi plecami pojawił się Aaron. Spojrzałam na niego, a gdy się odwróciłam, Devendry już nie było.

sobota, 25 maja 2013

Moje wielkie gwatemalskie wakacje

Jak już jesteście w San Cris, to bardzo prawdopodobne, że Was rzuci do Gwatemali. Z San Cris to tylko 5 godzin do granicy. Więc wszystkich rzuca zazwyczaj. Mnie do tej pory nie rzuciło, aż mnie to zastanowiło. Więc postanowiłam zrobić sobie wakacje od Meksyku. Odpoczywam od magii Mexica Magica przez dwa tygodnie w Gwatemali.

Jako że wiem, że kochacie oglądać moje fotki z Gwatemali, gdy w Polsce urwanie chmury, to Wam wkleję kilka foteczek z San Pedro de Laguna. Jeśli jesteście w Gwatemali, to nad Lago de Atitlan na pewno prędzej czy później też Was rzuci. Jeśli pragniecie rozrywki i towarzystwa gotowych na wszystko młodych Amerykanów, to wybierzcie San Pedro. To najbardziej imprezowe ze wszystkich miasteczek nad brzegiem jeziora. Spędziliśmy tu upojne 4 dni, po których przenieśliśmy się do zacisznego San Marcos, gwatemalskiej mekki hipisów, gdzie jesteśmy teraz i podoba nam się tu bardziej. San Pedro ma jednak jedną podstawową zaletę - nie widać z niego San Pedro :) Widać tylko piękno otaczających jezioro wulkanów i dziką naturę.

Wszystkie kurioza gwatemalskiej stolicy hipisów - San Marcos, full moon party oraz składane tu śluby milczenia opiszę w następnym wpisie. Póki co foteczki.

poniedziałek, 20 maja 2013

El Mariachi Gringo

Gringo i gitarron, a to ci heca! - krzyczą Meksykanie, którzy widzą nas na ulicy. Mój Aaron zdecydował się bowiem związać swoje życie z tym iście meksykańskim instrumentem. Do jego nazwy często dodaje się nawet określenie "meksykański", żeby podkreślić jego wyłączność dla tego kraju. Gitarron jeszcze do niedawna był produkowany tylko w Meksyku, teraz oczywiście gitarrony rodzą się także, jak wszystko inne, w Chinach. Gitarron wygląda jak duża gitara z obfitym tyłkiem (etymologia nazwy to właśnie nic innego jak "duża gitara"). Na pewno kojarzycie ten instrument (i słusznie!) z mariachis. Nie ma grupy mariachis bez gitarrona. Aaron zaś - zupełnie prekursorsko - wprowadza gitarrona do muzyki bałkańskiej, klezmerskiej czy wczesnego amerykańskiego jazzu.

piątek, 26 kwietnia 2013

Malinche - Bolesna Matka Meksykanów

Znajomi mówią, że jestem malinchistą, że tak podobają mi się dziewczyny ze wschodu Europy. A mnie po prostu nie kręcą Meksykanki. Nic nie mogę z tym zrobić - wyznał mi Carlito po kilku mezcalach któregoś wieczoru w Deefe. "Malinchista" to w Meksyku zdrajca swojego narodu. Słowo to pochodzi bezpośrednio od Malinche - kochanki Cortesa - uważanej za matkę pierwszego Meksykanina. Zdrajczyni, bohaterka, dziwka, postać tragiczna. Chyba nikt nie ma tylu sprzecznych uczuć na temat własnej matki co Meksykanie. Do postaci Malinche Meksyk odnosi się tak często, że zaczynało mnie boleć na blogu, że nie mogę napisać na ten temat, bo moi czytelnicy raczą jeszcze nie wiedzieć, kto zacz. Więc kontynuując opowieści o ważnych meksykańskich postaciach kobiecych przedstawiam Wam dziś Malinche. Dziś tylko sucha historia Malinche. Na wszystko, co na około, przyjdzie nieubłagany czas.

niedziela, 21 kwietnia 2013

La Catrina - Pierwsza Dama Meksyku

Meksyk szkieletami stoi i niektórym owe szkielety mogą się trochę pomieszać. Dzisiaj umówiłam się z La Catriną - kościstą panią, której - jak jest się w Meksyku - nie da się nie spotkać. La Catrina to żadna bliska krewna Santa Muerte, chociaż wydawać by się mogło po wyglądzie, że są spokrewnione. Podstawowa różnica polega na tym, że Santa Muerte jest na poważnie, a La Catrina jest dla jaj. Santa Muerte jest świętą, ma władzę i rząd dusz, budzi podziw i grozę. La Catrina jest zaś wesołą satyrą na śmierć, tancereczką dance macabre w nowoczesnym wydaniu, memento mori w ostrym makijażu. Obie zaś, choć w różny sposób, pokazują, że śmierć jest jedyną pewną rzeczą na tym świecie.

sobota, 20 kwietnia 2013

To kocham to miasto zmęczone jak ja

Fundamenty naszego świata stawia się raz. Wiedza zdobyta w dzieciństwie na zawsze pozostaje prawdziwa. Pluton zawsze będzie planetą. Pary biegnące w las i w świętego Jana zawsze znajdować będą tam kwiat paproci. A Meksyk zawsze będzie największym miastem świata. Gdy jest się w Deefe, ta prawda jawi się jako najbardziej oczywista rzecz na świecie.

To miasto jest jak sakiewka bez dna. Jak butelka wina, która nigdy się nie skończy. Jak bateria, która nigdy się nie wyczerpie. Jeśli, mój turysto, myślisz, że udało Ci się zwiedzić Wszystko, to nijak ma się to do prawdy. Tutaj must-see-places wylewają się po brzegach Doliny Meksykańskiej, a Deefe jest jednym z tych miast, na zwiedzenie którego trzeba całego rocznego przydziału urlopowego. Co najmniej. Jak sobie kalkuluję, to spędziłam tu w sumie już jakieś 4-5 tygodni. A wciąż wyjeżdżam z jakimś nieodhaczonym punktem na liście miejsc, które zamierzają poznać moje kroki. I oczywiście z każdym wyjazdem tych punktów jest coraz więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia Deefe. 

wtorek, 16 kwietnia 2013

WNM z Santa Muerte

Dzisiaj trochę poczarujemy. Specjalnie dla Mexico Magico Blog lekcja pozyskiwania Wielkiej Nieskończonej Miłości z Santa Muerte. Wybraliśmy się wczoraj znów na Mercado de Sonora, gdzie pojęliśmy, jak utrzymać naszą miłość NA ZAWSZE. Rytuał jest prosty, wymaga tylko kilku niezbędnych składników:

Żeby cały rytuał się udał, ważnym jest, żeby wykonywać go w samotności, spokoju oraz jasności umysłu. Wtedy energia z magicznych składników będzie mogła się skanalizować. Rytuał wykonuje się w pełnym przekonaniu i tylko wtedy, gdy wiemy, że nasza miłość jest prawdziwa.

Składniki:

sobota, 13 kwietnia 2013

Miłość, szmaragd i Indiana Jones

Komu w drogę, temu czas. Meksyk nie ma wielkości chusteczki do nosa jak San Cristobal, jest wielki jak sześć Polsk. Ruszyliśmy więc w kraj, w Meksyk, a konkretniej na początku w stan Veracruz. W samym mieście Veracruz byłam w zeszłym roku na karnawale. Stan Veracruz jest wielki i szeroki, a jego stolicą wcale nie jest Veracruz, a Xalapa, którą odwiedziliśmy tym razem. Xalapę rzadko widuje się na mapie turystycznych wypadów do Meksyku, a szkoda. Pierwszą rzecz, jaką usłyszałam o Xalapie to pogłoska, że Xalapa to takie San Cristobal, tyle że większe. Większe to prawda, bo Xalapa ma pół miliona mieszkańców. Są też wprawdzie góry, romantyczne kolonialne uliczki, duża scena muzyczna i oferta kulturalna, ale jak dla mnie tutaj podobieństwa obu miast się kończą. Spędziliśmy w Xalapie niesamowity tydzień i planujemy tu wrócić nie raz nie dwa, ale miłość ma się tylko jedną. San Cris <3

Xalapa jednak ma coś jeszcze. Okolice. Po pierwsze, małe klimatyczne miasteczka takie jak Coatepec i Xico, które leżą w odległości siedmiu i dwudziestu siedmiu kilometrów od miasta. Coatepec to jedno z meksykańskich Pueblos Magicos, jak również przemeksykańskie knajpki z muzyką son jarocho na żywo, ze spontanicznymi kilkunastoosobowymi zespołami i piosenkami, które trwają po 15 minut. Po drugie, przyroda! Zieleń instant, zieleń najzieleńsza w swojej zieloności! I dzikość rodem z Indiany Jonesa. Knieje, potoki, przepaście i zawieszone nad nimi linowe mostki. Plantacje kawy ukryte w cieniu lasów palmowych. To stąd pochodzi jedna ze słynniejszych meksykańskich kaw. Mówi się, że kawa z Chiapas to aromat, kawa z Xalapy to siła, a kawa z Oaxaci daje jedynie objętość. Najlepsza więc meksykańska kawa jest mieszanką wszystkich trzech. W okolicy Xalapy, na rzece La Antigua, w okolicy miasteczka Jalcomulco nakręcono również 2/3 scen do filmu "Miłość, szmaragd i krokodyl".

piątek, 12 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.2

Nie ma świąt bez barana! - orzekłam - Jeśli nie znajdziemy na targu barana, to święta uważam za niebyłe! Co z tego, że Meksykanie nie ubierają czekoladowych zajęcy i jaj w sreberka, święta mają być takie, jak trzeba. I były jak trzeba. Moje pierwsze święta w życiu bez rodziny musiały być takie jak trzeba.

W sobotę zaprzęgłam cały hostel do malowania jaj.

środa, 10 kwietnia 2013

Moja Semana Santa vol.1

W podróży nic się nie ukryje. W podróży upadają różne mity. W łeb też biorą życiowe prawdy. W tym największa z nich - powszechnie znana prawda, która mówi, że kobiety nie robią kupy. Moja przyjaciółka w zaparte i latami wtłaczała ją do głowy swojemu chłopcu, aż do momentu, kiedy przeprowadzali się razem na irlandzkie saksy. Haha! - ucieszył się - Teraz przekonam się, że robisz kupę. A ona dalej w zaparte, a on w Irlandii pod drzwi łazienki. Haha, - krzyczy, gdy ona opuszcza przybytek - Słyszałem plusk!. Ach, to, to tubka pasty do zębów mi wpadła przypadkiem do muszli - odparła zaradnie moja przyjaciółka i oboje żyli dalej w uroczej prawdzie o tym, że kobiety kupy nie robią. Tak czy siak mnie upadek tej prawdy tak dał w kość, że nie pisałam przez jakiś czas. Dlatego dzisiaj cofamy się do czasów zamierzchłych - mianowicie mojej tu Wielkanocy. Z informacji praktycznych napomknę jednak, że instytucja lekarzy i lekarstw ma się tu świetnie. Przy każdej niemalże aptece siedzi w zamkniętym gabinecie lekarz i z ulicy można wejść i z niego skorzystać. Taka przyjemność jest albo darmowa i mówi po angielsku (jak w San Cris) albo kosztuje 20-25 pesos (5 złociszy). Za pełen komplet lekarstw z antybiotykami włącznie dałam jakieś 12zł. Nic tylko chorować tutaj.

sobota, 30 marca 2013

Tiburon i miłości w mieście turystów

Jestem w San Cristobal, a kiedy jestem w San Cristobal, prowadzę żywot osiadły. Osiadły żywot tym się różni od podróżowania, że rzadziej pisze się bloga oraz tym, że widzi się wszystko głębiej i dokładniej. Szczególnie, gdy spędza się trzeci miesiąc w przeciągu półtora roku w tym małym miasteczku o wielkości prześcieradła. Tu wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Jeśli do twojego pokoju rano wleci mucha, to każdy zna jej płeć i relacje rodzinne. Tu każdy wie także, z kim się prześpisz, zanim sam się na to zdecydujesz.

Nie byłabym sobą, gdybym nie doświadczyła tego na własnej, szakirnej skórze. To był mój pierwszy Meksyk i moje pierwsze San Cristobal, nie wiedziałam więc jeszcze, że nie ukryje się faktu, że całuje się po zamknięciu klubu z barmanem, mimo że nie ma już tam nikogo z moich znajomych i że całość odbywa się w schowku na szczotki albo na innym odosobnionym dachu. Budzę się rano szczęśliwa, że udało mi się wyprać moje małe brudy w tajemnicy, kiedy dostaję telefon. To Jose Luis, który pyta, co robię wieczorem. Odpowiadam, że pewnie Pura Vida. A no tak, masz tam chłopaka - mówi Jose Luis, którego swoją drogą w tym klubie ubiegłego wieczora w ogóle nie było. Podobnie jak nikogo z naszych wspólnych znajomych.

piątek, 15 marca 2013

Lazy life killed my cowboy

Jak wstajesz rano, to chce ci się robić tysiąc rzeczy - powiedział moim znajomym mieszkający w Puerto Escondido Estończyk - możesz jechać na drugi koniec świata. Możesz nauczyć się żonglować. Możesz napisać książkę swojego życia. Tyle możliwości, że aż trudno się zdecydować. No więc ja wstaję rano, zapalam jointa i już nie mam tego problemu. Po prostu nic mi się nie chce, więc nic nie robię. U mnie było podobnie, tyle że bez udziału jointów. Plaża wypiera z energii podobnie jak marihuana. Spędziłam osiem dni na wybrzeżu Oaxaci i na koniec nie chciało mi się nawet ruszyć małym palcem u nogi.

sobota, 9 marca 2013

Śmierć miliona to statystyka, śmierć jednej osoby to tragedia

Od jakiegoś czasu organizuję pokazy slajdów z Meksyku. Podczas  niektórych pewien czas poświęcam mini cyklowi pt. "Jak pozowałam meksykańskiemu malarzowi". Ten cykl to kilka obrazów Jesusa, nad którymi przystajemy na chwilę i opowiadamy historie za nimi stojące. Bo każdy z jego przekolorowych obrazów leży na skrzyżowaniu czasów prekortezjańskich, współczesnej historii Meksyku i osobistych przeżyć Jesusa. Jednym z takich obrazów był portret zastrzelonego w 2006 roku przez policjantów w Nowym Jorku przyjaciela Jesusa.

Był on meksykańskim fotografem, właśnie szykował swoją pierwszą wystawę w Stanach, został zatrzelony na moście w Nowym Jorku przez tamtejszych policjantów, przez pomyłkę. W tym samym czasie w Oaxace przydarzyła się analogiczna historia - podczas strajku nauczycieli paramilitarna grupa wspierająca rząd meksykański zatrzeliła amerykańskiego fotografa dokumentującego protesty - Brada Willa. I o ile śmierć przyjaciela Jesusa przeszła bez echa, tak o śmierci Brada Willa trąbił cały świat.

wtorek, 5 marca 2013

Miasto, w którym wszyscy są artystami

"Jesteś artystką?" - to pierwsze pytanie, które zadaje się w Oaxace, zaraz po "Como estas?" ("Jak się masz?"). I tak jak na pytanie "Jak się masz?" po prostu trzeba odpowiedzieć "Dobrze", nie ma innej właściwej odpowiedzi, tak na pytanie "Czy jesteś w artystą?" trzeba odpowiedzieć w Oaxace "Tak, jestem". W Oaxace wszyscy są artystami. Pośmiechiwaliśmy się z Jesusem, moim malarzem, z tego pytania i ludzi, którzy je zadają. Dzień później usłyszałam, jak zadaje je komuś Jesus. Dwa dni później zaczęłam zadawać je ja.

Spędziłam w Oaxace 6 dni. 6 intensywnych dni bycia artystką. Oddawałam się przede wszystkim dwóm sztukom. Tej, która wychodzi mi najlepiej, i tej, która wychodzi mi najgorzej. Tej, która wychodzi mi najlepiej - czyli piciu darmowego alkoholu na różnej maści wernisażach. Oraz tej, która wychodzi mi najgorzej - czyli rysowaniu.

W Oaxace mówi się, że jak raz spróbujesz chapulines (koników polnych, miejscowego przysmaku), to już nigdy stąd nie wyjedziesz. A jeśli wyjedziesz, to na pewno wrócisz. Ja byłam już tu czwarty raz. Na pewno trochę za sprawą chapulines, ale przede wszystkim za sprawą Jesusa, który zawsze na mnie w Oaxace czeka z gorącą kawą, miejscem do spania i ogromnymi pokładami wiedzy i inspiracji do pochłonięcia. Jesus jest oczywiście artystą. Malarzem-muralistą. Muralizm to dziedzina sztuki dla Meksyku bardzo charakterystyczna (Rivera, Orosco),  a Jesus właśnie otworzył pierwszą w Oaxace szkołę muralizmu, gdzie spędzaliśmy całe dnie. Rano daje lekcje malarstwa, wieczorami przychodzi tu goła modelka do rysowania, w soboty są tu zajęcia dla dzieci. A całymi dniami przewijają się tu artyści i pytają, czy ja też, w sensie, czy jestem artystką. Więc jestem. Skoro wszyscy to wszyscy:


sobota, 2 marca 2013

Tepito, czyli warszawska Praga tylko bardziej

To był jeden z moich pierwszych dni w Meksyku. Jechałam metrem do Xochimilco, kiedy zaczepił mnie jakiś przerażająco szemrany typ spod ciemnej gwiazdy. Łysy, wytatuowany, ze złotymi nakładkami na zęby, z pewnością z 555 wyrokami. Zaczął pokazywać na mój tatuaż na stopie i mówić coś w niezrozumiałym języku. W końcu z tych nieartykułowanych dla mnie wtedy dźwięków wyłapałam słowo"respeto" i "dolor" czyli szacun za to, że ten tatuaż musiał boleć. Przy współpasażerach w metrze zdjął koszulkę i zaczął mi pokazywać swoje tatuaże. Miał wielką Matkę Boską z Guadalupe na całe plecy, a na piersi kilkunastu świętych. Zapytał, gdzie jadę, po czym wysiadł ze mną z metra i począł mnie prowadzić przez labirynty remontowanej stacji w kierunku kolejki do Xochimilco. Kupił mi bilet, wsiadł ze mną do pociągu, przejechał jedną stację, żeby się upewnić, że jadę w dobrym kierunku. I wysiadł.

środa, 27 lutego 2013

Mercado La Lagunilla

Po imprezowym weekendzie kontynuujemy wycieczkę po stołecznych bazarach. Zbliżamy się coraz bardziej do sławnego/niesławnego Tepito, na które namierzam się od dawna, ale jeszcze nie było dane mi się tam wybrać. La Lagunilla, na którą idziemy teraz, leży dokładnie po drugiej stronie ulicy od Tepito. Co więcej leży w samym centrum miasta -  10 bloków od Zocalo ("blocks" to taka oficjalna miara przestrzeni miejskiej po tej stronie oceanu). La Lagunilla to jeden z większych stołecznych bazarów, który słynie z trzech sprzedawanych tu towarów: używanych, zabytkowych mebli (jedynie w niedzielę), sukien ślubnych i ubrań na na inne święta oraz z szeroko pojętego baratillo - czyli towarów najtańszych (od hiszp. słowa "barato" - tanio).


poniedziałek, 25 lutego 2013

Vamos a la fiesta

Przez weekend mnie nie było z bardzo prostej przyczyny. Imprezowałam. Impreza jest nieodłączną częścią życia. Szczególnie meksykańskiego.  Nie od paradejki zwą mnie tu przecież Borrachosky tudzież Poloca.

Plan imprezowy ubiegłego weekendu przedstawiał się następująco:

PIĄTEK
- piwko na Zona Rosa, dzielnicy, która ma sławę gejowskiej. Gdy przyjdzie się tu w nocy, to na ulicach ogląda się lepsze gejowskie  stroje niż w teledysku "YMCA".
- lucha libre na Arena Mexico, znowu tak samo pysznie. Widziałam na żywo Kemonito i rzut karłem w publiczność.
- impreza w klubie Uta. Klub ten gromadzi różne dziwolągi, jak również kolejny raz przypadkowo spotkanych Greków z samolotu.

piątek, 22 lutego 2013

Synchroniczny makijaż meksykański

Synchroniczne robienie makijażu przez kobiety w metrze każdego ranka  było moim pierwszym wspomnieniem z Meksyku, kiedy przyjechałam tu w  sierpniu 2011 roku. W meksykańskim metrze w godzinach szczytu funkcjonuje taka instytucja jak specjalny wagon dla kobiet i dzieci.  Kobiety urządziły sobie tam swoją własną enklawę intymności. Co rano uprawiają tam synchroniczny makijaż. Każda jedna wyjmuje kosmetyczkę,  lusterko i przygotowuje się do pracy.

Tym razem mam jednak Jimenę i metrem poruszam się rzadko, bo Jimena  jest Meksykanką zmotoryzowaną. Dzięki temu mogę oglądać taki sam synchroniczny makijaż, jednakże w samochodach. Na światłach, w korkach, a nawet w trakcie prowadzenia samochodu Meksykanki są w stanie wykonać mistrzowski makijaż. Jimena mówi, że nigdy nie robi  makijażu w domu. Bo i po co. Do centrum jedzie pół godziny, zawsze może go przecież zrobić wtedy. Podobnie instytucja różowych taksówek, które są przeznaczone tylko dla kobiet, jest obowiązkowo wyposażona w lusterko na oparciach przednich siedzeń.


środa, 20 lutego 2013

Mercado San Juan

Jak już wspomniałam ten pobyt w Deefe sponsorują stołeczne bazary. Po raju dla mojej duszy, jakim był wczorajszy bazar de Sonora, dzisiaj wybraliśmy się do raju dla ciała - Mercado San Juan. Położony w centrum Deefe istnieje jako miejsce targu już od czasów prekortezjańskich, a zwał się wtedy Moyotlán. Ale to nie ze swojej wielowiekowej tradycji słynie, ale z produktów, które można tam kupić. Mercado San Juan to przepiękny przegląd najdziwniejszej spożywki. 

Można tu kupić mięso małpy, kokodrila, węża i innych zwierząt. Można kupić jadalne kwiatki, które wyglądają jak bratki. Można też kupić najdroższą w swoim życiu kanapkę z serem i wędliną, która kosztuje 500 złotych. Albo - jeśli ma się takich towarzyszy jak Dom i Juan, z którymi tam się wybrałam - można skosztować za darmo wędliny, która zwie się pata negra i kosztuje 3300 pesos za kilogram (ponad 800zł).

wtorek, 19 lutego 2013

Mercado de Sonora

Santa Muerte, magiczne eliksiry, zioła, kozy, pawie, maski, laleczki voodoo... To wszystko można kupić na Mercado de Sonora czyli moim nowym ulubionym miejscu ever. Moje tegoroczne Deefe dedykuję wizytom na stołecznych bazarach. A zacząć musiałam oczywiście na Mercado de Sonora, które słynie przede wszystkim z handlu "brujerią", czyli szeroko pojętą "magią", białą i czarną. Na jednej półce stoi tu Święta Śmierć, bogowie z santerii, Panienka z Guadalupe, święci katoliccy, Jesus Malverde oraz końskie kopyta. Sprzedaje się tu również pełen inwentarz żywych zwierząt oraz gadżety na imprezy, typu przebrania, maski i inne kiczowate cudoki. Znajdziemy tu również zioła i eliksiry na każdą chorobę . Do 1990 roku, zanim to zalegalizowano w Meksyku aborcję, można było tutaj kupić lek i na tę dolegliwość.

 Kto mnie zna ten wie, jaką dziką radością było dla mnie to wszystko.

Mexico po raz trzeci!

Zawsze ubolewałam na tym wylewnie na blogu, że podróże w dzisiejszym świecie odbywają się za szybko. Że budzę się w swoim warszawskim łóżku, a zasypiam już w Meksyku. Tęskniłam za podróżami statkiem, które dają możliwość zamknięcia w głowie pewnego okresu i przygotowanie się na nowe, nieznane. I jak chciałam, tak dostałam. Po przejechaniu kilku kółeczek wokół lotniska Charles de Gaulle w Paryżu, mój lot przełożono na następny dzień. Cała ta draka zaowocowała takimi radującymi me polskie serce atrakcjami jak: noc w Paryżu, darmowy hotel Campanile, obiad, kolacja i śniadanie, open bar w hotelu, a także 430 osób, które znalazły się w tej samej sytuacji.

Bycie samotną podróżniczką w takich sytuacjach byłoby straszliwie smutne, ale na szczęście instytucja samotnej podróżniczki jest dość popularna, więc zwarłyśmy szeregi i przetrwałyśmy to wspólnie z Josephine z Danii i Katyą z Niemiec.Całe zamieszanie wydarzyło się ewidentnie przez tę drugą panią, którą lotnisko Charles de Gaulle wciąga jak czarna dziura. Spędziła ona pół roku temu 11 dni koczując właśnie na terminalu 2E w oczekiwaniu na swój lot. Cała historia była jak z filmu "Terminal", a jej siostra, która towarzyszyła jej w tej przygodzie, napisała o tym artykuł do niemieckiej prasy podróżniczej.

Obie dziewczyny, Josephine i Katya mają chłopaków Meksykanów, których akurat odwiedzały. Więc jeśli myślicie, że związek na odległość typu Warszawa-Kraków nie ma szans na przetrwanie, to spójrzcie sobie na meksykańskie miłości moich towarzyszek. Podróże kolejny raz pokazują mi, że nic nie jest niemożliwe.

Zmalowałam nam taki pamiątkowy rysunek:

wtorek, 22 stycznia 2013

Mole po meksykańsku

W San Cristobal na mole zwykle chodziłyśmy w niedzielę. Miałyśmy takie sekretne miejsce, gdzie robili najlepsze mole w mieście. Nazywałyśmy je peronem 9 i 3/4, bo wejście do wielkiej hali z korytarzami pełnymi małych knajpek było szczelnie ukryte. Nigdy nie powiedzielibyście, że 50-centymetrowa luka między dwoma namiotami, które sprzedają nielegalne nagrywane w kinie dvd i płyty z 164 przebojami narcocorridos, prowadzi do gastronomicznego raju. Gdy siedziałyśmy tam i jadłyśmy pyszne mole, a żwawe Indianki tylko dorzucały nam świeżych tortilli, czułyśmy się jak królowe świata. Smak - jednocześnie słodki i ostry - zahaczał o tak wiele różnych dziwnych zakamarków i przypraw, że trudno było powiedzieć, co się nań składa. Wtedy nie myślałam, że uda mi się kiedykolwiek przyrządzić mole. No przynajmniej nie w tym życiu.