środa, 20 czerwca 2012

Yo soy 132: Młody Meksyk walczy

Meksykańscy studenci protestują przeciwko niesprawiedliwościom wokół zbliżających się wyborów prezydenckich. "Yo soy 132" ("Jestem sto trzydziesty drugi"), grupa powstała dzięki Internetowi, piętnuje stronniczość meksykańskich mediów oraz matactwa podczas przeprowadzania wyborów. Na facebooku mają już kilkaset tysięcy zwolenników i kilkadziesiąt zamiejscowych filii. Meksykańskie media nazywają ten ruch "Meksykańską wiosną".


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Meksykańskie kłamstewka

"Nene, jak długo mieszkasz w Meksyku?" - pyta argentyńskiego wspólnika bohater meksykańskiego filmu "Nikotyna". Nene skończył przed chwilą rozmowę przez telefon i mówi, że wykonawca zlecenia powiedział, że zrobi je "ahorita". "Ahorita", czyli zdrobnienie od słowa "teraz", znaczy po hiszpańsku "za chwilę", "zaraz", "od razu". - "Wystarczająco długo" - odpowiada więc ze spokojem Nene. "I nadal nie wiesz, co znaczy "ahorita"?" - śmieje się z niego kolega. "Ahorita" w ustach Meksykanina nie znaczy bowiem na pewno chwileczki tylko raczej "kiedyś", "w grudniu po południu", "jak mi się zachce", "na święte nigdy". To "ahorita" tyczy się także meksykańskiej punktualności. O ile warszawskie dopuszczalne spóźnienie to 15 minut akademickiego kwadransu, to w Meksyku spóźnienia ciągną się nawet godzinami. Umówiliśmy się kiedyś z Domem z jego meksykańskimi znajomymi, czekaliśmy jak głupki pod Bellas Artes 15 minut, aż w końcu dostaliśmy odpowiedź na naszego zniecierpliwionego smsa: "Momencik. Właśnie robię jajecznicę". Potem przestało mnie to już denerwować, a raczej relaksować. Bo wy tam w Europie macie godziny, my tutaj mamy czas.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Chilango, jarocho i inne chłopaki

- Skąd jesteś? - zapytałam mojego kolegę Jorge. Jorge mieszka w San Cristobal. Pracuje tu po miejscowych knajpach. Jest Meksykaninem, ale jego twarz nie ma ni krztyny indiańskich rysów, które są tak oczywiste na tutejszym targu. - Jestem z Deefe - odpowiedział - I choć mieszkam tu 6 lat i to jest teraz moje miejsce, to zawsze będę chilango.

"Chilango" to w nomenklaturze meksykańskiej mieszkaniec miasta Meksyk.
Cała meksykańska onomastyka jest utkana z takich uroczych nazw określających mieszkańców miast. Mieszkaniec Veracruz to jarocho, mieszkaniec Puebli - pipope, a ci ze stanu Nuevo Leon to regios. Ma to trochę charakter przezwiskowy, coś jak nasze polskie "pyry" (z Poznania), "centusie" (z Krakowa) czy "uchole" (przykład lokalny z Sieciechowa pod moimi rodzinnymi Kozienicami). Ale ksywki te już na tyle wrosły w uzus, że stały się już niemalże oficjalnymi nazwami mieszkańców danych miejsc. Nie zmienia to jednak faktu, że budzą one wciąż różne, często dość skrajne emocje. A przyznanie, że jest się "chilango", nie oznacza tylko tego, że jest się z Deefe. Słowo to otwiera cały wór cech, które w momencie takiej deklaracji zostają nam przypisane.