piątek, 23 marca 2012

Bezimienni konstruktorzy Wieży Babel

Na moim przytulnym targu w San Cristobal, między stoiskiem z organiczną kawą a leżącymi grzecznie w rządku z rozczapierzonymi ku niebu martwymi kurczakami, ma swoją siedzibę rozkładany fryzjer. Kawałek daszka, fotel, pęknięte lusterko, zbita z trzech desek ławka służąca za poczekalnię. Mauricio, z którym pracuję, poszedł tam na skrócenie włosów. Powiedział, że chce „trochę krócej”, a wrócił z łysą banią i imagem narco. Mauricio jest Meksykaninem, więc błąd w komunikacji nie opierał się na jego nieznajomości hiszpańskiego. Łysa bania Mauricia wynikła z nieznajomości hiszpańskiego przez fryzjera. Fryzjer jest też Meksykaninem. Ale mówi tylko w tzotzil, dialekcie z Chiapas, z hiszpańskim u swej zasady niemającym nic wspólnego. Podobnie jest na całym targu. Mogę kupić po hiszpańsku kurczaka, ale już trudniej pogadać z Indianką go sprzedającą o przepisie na mole albo inną potrawę.

wtorek, 20 marca 2012

Innego końca świata nie będzie - część 2

„Gdzie uderzasz teraz?” – zapytałam Australijczyka, który wymeldowywał się z hostelu dziś rano. „Zobaczyć te wszystkie niesamowite majańskie piramidy” – odparł z filuternym uśmiechem – „Mam mało czasu, skoro koniec świata ma być w grudniu”. Grudniowy koniec świata przewija się tu w większości rozmów, najczęściej żartem, zgrabną puentą, filuternym australijskim uśmiechem. Świat znów huczy. Pamiętam Nostradamusa w lipcu 1999, Milenium na koniec tego samego roku, teraz przyszedł czas na kolejny koniec świata. Tym razem stąd. Majański.

W grudniu 2011, na rok przed końcem świata, do Palenque, 5 godzin stąd, ściągnęły najzacniejsze mózgi świata w zakresie badań nad Majami prekolumbijskimi. Sześćdziesięciu najwybitniejszych archeologów, historyków i antropologów przejechało dziesiątki kilometrów, żeby raz na zawsze uradzić, że końca świata nie będzie, wystosować niezaprzeczalne „oficjalne stanowisko” dla mediów.


piątek, 16 marca 2012

Innego końca świata nie będzie - część 1

Isla Mujeres, raj na ziemi. Miałyśmy już stąd uciekać, szłyśmy z plecakami na prom. Kiedy przydrożny kelner zaśpiewał w naszym kierunku: "Please, don't go away". Stanęłyśmy. Rzuciłyśmy monetą. Reszka zostajemy, orzeł jedziemy. Wypadł orzeł. Ale i tak zostałyśmy. Bo jesteśmy chingones, nie chingadas. To nie los decyduje o nas, to my decydujemy o losie.

Na Isla Mujeres poznałyśmy Kamilę. Kamila jest kawałem twardziela ze Stalowej, od stóp do głów w tatuażach, kolczykach, przeżyciach. Kamila jest od jedenastu lat w podróży i jakkolwiek sekciarsko by to pierwsze zdanie nie brzmiało, to z tą podróżą jej do twarzy. Siedzimy na plaży w środku nocy, sączymy piwo, gadamy w piachu o Wiechu, o dolarach z Misiem Uszatkiem na nowozelandzkiej wyspie Niue Island, miłości i całej reszcie, a nad nami świecą gwiazdy na drugim końcu świata. Za kilka godzin się rozstaniemy i pewnie się już nigdy nie spotkamy. Rano Kamila pyta mnie o rady dla książki, którą pisze. Wyjeżdżam za dwie godziny. Pokazuje mi genialny program do pisania, który zasłania cały ekran i wszystkie facebooki, a do tego wydaje odgłos maszyny do pisania. Ja z podniety macham rękami. Wyjeżdżam za godzinę. Staramy się pożegnać, a Kamila na to: „Nie zalewajcie, do zobaczenia na kolacji!”. Tym razem jednak naprawdę wyjeżdżamy. Nie spotkamy się z Kamilą na kolacji. Pewnie nie spotkamy się już nigdy. Kamila wie o tym doskonale.

środa, 7 marca 2012

Uniforme de seguridad na okoliczność karnawału

Liczę na to, że pamiętacie mój przyzwoity mundurek, który podczas mojego pierwszego Meksyku miał mnie ochronić przed całym złem tego szalonego kraju. Na okoliczność karnawału w Veracruz mój meksykański "uniforme de seguridad" został bardzo zmyślnie przemodyfikowany. Oto on, zacny mundurek, który przez prawie ten tydzień w Veracruz nie ustawał w trudach ochrony mej cnoty przed rabunkami, porwaniami dla okupu, hijos de carnaval i innymi narcos: