niedziela, 15 lipca 2012

Futra, małpy i R2D2 - czyli karzełki w lucha libre

Czytałam ostatnio artykuł w "Przekroju" o tym, że w mediach nie wypada śmiać się już z karzełków, więc obecnie rolę karłów do śmiania, przejęli w Polsce obcokrojawcy, pokroju Bilguuna Ariunbaatara. Ciekawym było to porównanie i otwierającym dyskusję, jednakże nie to mnie w tym całym spostrzeżeniu najbardziej zaciekawiło. A mianowicie: jak to nie wypada się już śmiać z karzełków?! Byłam dopiero co powrócona z Meksyku, a tam karle poczucie humoru atakuje na każdym kroku. Szczególnie, jeśli chodzi o lucha libre. Nie ma lucha libre bez masek, bez blichtru i bez karzełków właśnie.

W 2005 roku to właśnie karzełek został oficjalną maskotką CMLL, dosł. Światowej Rady Lucha Libre, która zawiaduje tym sportem w Meksyku i sprawuje rząd dusz nad wizerunkiem jednej z największych meksykańskich świętości, jaką jest bez wątpienia lucha libre. Karzełek ten zwie się Kemonito i zerka na nas groźnie oczami niebieskiego zawadiackiego ni to goryla, ni to szympansa, ni to makaka.

środa, 20 czerwca 2012

Yo soy 132: Młody Meksyk walczy

Meksykańscy studenci protestują przeciwko niesprawiedliwościom wokół zbliżających się wyborów prezydenckich. "Yo soy 132" ("Jestem sto trzydziesty drugi"), grupa powstała dzięki Internetowi, piętnuje stronniczość meksykańskich mediów oraz matactwa podczas przeprowadzania wyborów. Na facebooku mają już kilkaset tysięcy zwolenników i kilkadziesiąt zamiejscowych filii. Meksykańskie media nazywają ten ruch "Meksykańską wiosną".


poniedziałek, 18 czerwca 2012

Meksykańskie kłamstewka

"Nene, jak długo mieszkasz w Meksyku?" - pyta argentyńskiego wspólnika bohater meksykańskiego filmu "Nikotyna". Nene skończył przed chwilą rozmowę przez telefon i mówi, że wykonawca zlecenia powiedział, że zrobi je "ahorita". "Ahorita", czyli zdrobnienie od słowa "teraz", znaczy po hiszpańsku "za chwilę", "zaraz", "od razu". - "Wystarczająco długo" - odpowiada więc ze spokojem Nene. "I nadal nie wiesz, co znaczy "ahorita"?" - śmieje się z niego kolega. "Ahorita" w ustach Meksykanina nie znaczy bowiem na pewno chwileczki tylko raczej "kiedyś", "w grudniu po południu", "jak mi się zachce", "na święte nigdy". To "ahorita" tyczy się także meksykańskiej punktualności. O ile warszawskie dopuszczalne spóźnienie to 15 minut akademickiego kwadransu, to w Meksyku spóźnienia ciągną się nawet godzinami. Umówiliśmy się kiedyś z Domem z jego meksykańskimi znajomymi, czekaliśmy jak głupki pod Bellas Artes 15 minut, aż w końcu dostaliśmy odpowiedź na naszego zniecierpliwionego smsa: "Momencik. Właśnie robię jajecznicę". Potem przestało mnie to już denerwować, a raczej relaksować. Bo wy tam w Europie macie godziny, my tutaj mamy czas.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Chilango, jarocho i inne chłopaki

- Skąd jesteś? - zapytałam mojego kolegę Jorge. Jorge mieszka w San Cristobal. Pracuje tu po miejscowych knajpach. Jest Meksykaninem, ale jego twarz nie ma ni krztyny indiańskich rysów, które są tak oczywiste na tutejszym targu. - Jestem z Deefe - odpowiedział - I choć mieszkam tu 6 lat i to jest teraz moje miejsce, to zawsze będę chilango.

"Chilango" to w nomenklaturze meksykańskiej mieszkaniec miasta Meksyk.
Cała meksykańska onomastyka jest utkana z takich uroczych nazw określających mieszkańców miast. Mieszkaniec Veracruz to jarocho, mieszkaniec Puebli - pipope, a ci ze stanu Nuevo Leon to regios. Ma to trochę charakter przezwiskowy, coś jak nasze polskie "pyry" (z Poznania), "centusie" (z Krakowa) czy "uchole" (przykład lokalny z Sieciechowa pod moimi rodzinnymi Kozienicami). Ale ksywki te już na tyle wrosły w uzus, że stały się już niemalże oficjalnymi nazwami mieszkańców danych miejsc. Nie zmienia to jednak faktu, że budzą one wciąż różne, często dość skrajne emocje. A przyznanie, że jest się "chilango", nie oznacza tylko tego, że jest się z Deefe. Słowo to otwiera cały wór cech, które w momencie takiej deklaracji zostają nam przypisane.

piątek, 23 marca 2012

Bezimienni konstruktorzy Wieży Babel

Na moim przytulnym targu w San Cristobal, między stoiskiem z organiczną kawą a leżącymi grzecznie w rządku z rozczapierzonymi ku niebu martwymi kurczakami, ma swoją siedzibę rozkładany fryzjer. Kawałek daszka, fotel, pęknięte lusterko, zbita z trzech desek ławka służąca za poczekalnię. Mauricio, z którym pracuję, poszedł tam na skrócenie włosów. Powiedział, że chce „trochę krócej”, a wrócił z łysą banią i imagem narco. Mauricio jest Meksykaninem, więc błąd w komunikacji nie opierał się na jego nieznajomości hiszpańskiego. Łysa bania Mauricia wynikła z nieznajomości hiszpańskiego przez fryzjera. Fryzjer jest też Meksykaninem. Ale mówi tylko w tzotzil, dialekcie z Chiapas, z hiszpańskim u swej zasady niemającym nic wspólnego. Podobnie jest na całym targu. Mogę kupić po hiszpańsku kurczaka, ale już trudniej pogadać z Indianką go sprzedającą o przepisie na mole albo inną potrawę.

wtorek, 20 marca 2012

Innego końca świata nie będzie - część 2

„Gdzie uderzasz teraz?” – zapytałam Australijczyka, który wymeldowywał się z hostelu dziś rano. „Zobaczyć te wszystkie niesamowite majowskie piramidy” – odparł z filuternym uśmiechem – „Mam mało czasu, skoro koniec świata ma być w grudniu”. Grudniowy koniec świata przewija się tu w większości rozmów, najczęściej żartem, zgrabną puentą, filuternym australijskim uśmiechem. Świat znów huczy. Pamiętam Nostradamusa w lipcu 1999, Milenium na koniec tego samego roku, teraz przyszedł czas na kolejny koniec świata. Tym razem stąd. Majowski.

W grudniu 2011, na rok przed końcem świata, do Palenque, 5 godzin stąd, ściągnęły najzacniejsze mózgi świata w zakresie badań nad Majami prekolumbijskimi. Sześćdziesięciu najwybitniejszych archeologów, historyków i antropologów przejechało dziesiątki kilometrów, żeby raz na zawsze uradzić, że końca świata nie będzie, wystosować niezaprzeczalne „oficjalne stanowisko” dla mediów.


piątek, 16 marca 2012

Innego końca świata nie będzie - część 1

Isla Mujeres, raj na ziemi. Miałyśmy już stąd uciekać, szłyśmy z plecakami na prom. Kiedy przydrożny kelner zaśpiewał w naszym kierunku: "Please, don't go away". Stanęłyśmy. Rzuciłyśmy monetą. Reszka zostajemy, orzeł jedziemy. Wypadł orzeł. Ale i tak zostałyśmy. Bo jesteśmy chingones, nie chingadas. To nie los decyduje o nas, to my decydujemy o losie.

Na Isla Mujeres poznałyśmy Kamilę. Kamila jest kawałem twardziela ze Stalowej, od stóp do głów w tatuażach, kolczykach, przeżyciach. Kamila jest od jedenastu lat w podróży i jakkolwiek sekciarsko by to pierwsze zdanie nie brzmiało, to z tą podróżą jej do twarzy. Siedzimy na plaży w środku nocy, sączymy piwo, gadamy w piachu o Wiechu, o dolarach z Misiem Uszatkiem na nowozelandzkiej wyspie Niue Island, miłości i całej reszcie, a nad nami świecą gwiazdy na drugim końcu świata. Za kilka godzin się rozstaniemy i pewnie się już nigdy nie spotkamy. Rano Kamila pyta mnie o rady dla książki, którą pisze. Wyjeżdżam za dwie godziny. Pokazuje mi genialny program do pisania, który zasłania cały ekran i wszystkie facebooki, a do tego wydaje odgłos maszyny do pisania. Ja z podniety macham rękami. Wyjeżdżam za godzinę. Staramy się pożegnać, a Kamila na to: „Nie zalewajcie, do zobaczenia na kolacji!”. Tym razem jednak naprawdę wyjeżdżamy. Nie spotkamy się z Kamilą na kolacji. Pewnie nie spotkamy się już nigdy. Kamila wie o tym doskonale.

środa, 7 marca 2012

Uniforme de seguridad na okoliczność karnawału

Liczę na to, że pamiętacie mój przyzwoity mundurek, który podczas mojego pierwszego Meksyku miał mnie ochronić przed całym złem tego szalonego kraju. Na okoliczność karnawału w Veracruz mój meksykański "uniforme de seguridad" został bardzo zmyślnie przemodyfikowany. Oto on, zacny mundurek, który przez prawie ten tydzień w Veracruz nie ustawał w trudach ochrony mej cnoty przed rabunkami, porwaniami dla okupu, hijos de carnaval i innymi narcos:


wtorek, 28 lutego 2012

La vida es un carnaval. Na karnawale w Veracruz

W Polsce karnawał nie znaczy już wiele. Moi piękni chłopcy z bloga „Make Life Harder” piszą, że „karnawał to taki szczególny moment, który odnotowują z reguły tylko uczennice szkół katolickich oraz studenci KUL-u, gdyż normalni ludzie chodzą najebani cały rok”. Ostatki są kolejną okazją do nabzdryngolenia się z przesłaniem, nabzdryngolenia się na temat, o wiele fajniej nabzdryngolić się z okazji ostatków niż z okazji na przykład piątku. Nie ma już rozgraniczenia między czasem postu i czasem karnawału, między sacrum i profanum, nie ma cykliczności czasu, czas jest teraz świecki jak gałka lodów. Mnie przyszło żyć 26, skądinąd dość zabawowych, lat, żeby w końcu dowiedzieć się, czym jest karnawał. A jak dowiedzieć się, czym jest karnawał, to tylko w Veracruz.

czwartek, 23 lutego 2012

Maksymilian i Carlota. Tragiczna opowieść o cesarzu i cesarzowej Meksyku

I oto jest. Sezon drugi mojego bloga. Wróciłam do Meksyku. I jeszcze nie może w to uwierzyć. Obudziłam się w środku mojej pierwszej meksykańskiej nocy i nie wiedziałam, gdzie jestem. Ślady światła na ścianach raz wyglądały mi na Kozienice, raz na Warszawę, raz na samolot, raz na Hydrozagadkę. Jeszcze trzy dni wcześniej budziłam się we własnym targowickim łóżku, upojona warszawskością. Dzień później był już Amsterdam, potem Madryt. Podróże nie powinny odbywać się tak szybko. Samoloty są symbolem naszych czasów, możesz być naraz wszędzie i nigdzie, w pościgu i wybuchach filmów akcji, a na napisach końcowych nie możesz nawet odpocząć i pomyśleć, bo już ci je przedzielają na pół błyskającymi reklamami. Widzę siebie na statku, z powiewającym włosiem, odpoczywającą po bezsennych praskich nocach. Przez tydzień czy dwa, ile tam się płynie do Meksyku, patrzącą w nową dal, pełną nowych twarzy, siatek ulic i nowych nieprzespanych nocy. Tak chciałabym podróżować, z pełnym pietyzmem, rozwagą i wykwintnością. Ale niestety nie wyrwę się już od tego mojego podróżniczego łapu-capu. Stanowczo lepiej wychodzi mi życie w pędzie niż w rozmyśle, w wydaniu Tykwera niż  Kim Ki Duka, w praktyce niż w teorii. Jestem dzieckiem swoich czasów. Całam z postmodernizmu.