czwartek, 22 września 2011

Dlaczego nie było mnie na blogu - część 2

Jeden z popularniejszych meksykańskich filmów ostatniego dziesięciolecia „Y tu mama tambien” („I twoją matkę też”) to film drogi, drogi ze stolicy Meksyku na wybrzeże Pacyfiku. Dwóch rozpuszczonych, zachłyśniętych własną młodością chłopaczków (w tych rolach dwaj najbardziej znani meksykańscy aktorzy młodego pokolenia: Gael Garcia Bernal i Diego Luna), żeby zaimponować nowo poznanej bratowej – atrakcyjnej i dojrzałej Hiszpance, opowiadają, że wybierają się na plażę, której nazwę wymyślają na poczekaniu. Mówią, że Puerto Escondido jest przereklamowane, że wszyscy tam jeżdżą (mimo że ten raj surferów uchodzi za mniej turystyczną alternatywę dla kurortów typu Acapulco). Oni zaś jadą na plażę, gdzie nie ma nikogo poza rybakami. Wymyślona przez nich nazwa to Boca del Cielo czyli Usta Nieba, co można przetłumaczyć na Bramę Niebios. Nie podejrzewają, że piękna Hiszpanka podejmie spontaniczną decyzję, żeby pojechać tam z nimi.

Rozgrzani młodzieńczymi hormonami chłopcy nie mogą przepuścić takiej okazji, mimo że doskonale wiedzą, że taka plaża nie istnieje. Spalony meksykańską trawą kumpel tłumaczy im, jak dotrzeć na jakąś piękną plażę, jednakże jego odmienny stan świadomości każe wierzyć widzom, że cała nasza trójka tam nigdy nie dotrze. Po wielu perturbacjach jakże typowych dla filmów drogi w środku nocy nasza trójka skręca w jakąś boczną drogę i samochód utyka w piachu. Gdy budzą się rano okazuje się, że znaleźli się przypadkiem na plaży. Spotkani potem rybacy mówią, że zaraz obok znajduje się piękna plaża. Która nazywa się nie inaczej jak Boca del Cielo. Boca del Cielo istnieje w rzeczywistości i znajduje się w stanie Chiapas, trzy i pół godziny samochodem od San Cristobal. Tyle że bohaterowie filmu ani ekipa realizacyjna tam nie dotarli, Boca del Cielo było grane w filmie przez Cacalutę – plażę w Oaxace.

środa, 21 września 2011

Dlaczego nie było mnie na blogu - część 1.

Przepraszam za tę skandaliczną zaległość w moich meksykańskich raportach. Czas tym razem popłynął zawrotnie szybko. Może to dlatego, że poczułam się tu wreszcie jak w domu. Każde wyjście z domu (tfu, z hostelu:)) wciąż jeszcze odbywa się w moim wydaniu z szeroko otwartymi ustami i oczami, wciąż nie przestaję się dziwić i zachwycać, jednakże czuję się tu już jak u siebie. Już dawno zapomniałam o chustce na głowie, o „uniforme de seguridad”, często zapominam o makijażu. Mam już swojego sprzedawcę warzyw i ulubiony wózek z hamburgerami, który wyłania się z bramy po zmroku. Ruchem ręki pozdrawiam Troya – mojego prywatnego piercera, gdy wychodzi przed studio złapać trochę słońca. W knajpce Revolucion, gdzie spędzam prawie każdy wolny wieczór, do tego stopnia, że nie pytam już, gdzie dzisiaj idziemy, tylko gdzie idziemy, jak zamkną Revolucion, widzę codziennie te same twarze. Wymknęło mi się nawet raz, że fajnie byłoby mieć dwa życia. Jedno na Polskę, a drugie na Meksyk. A wszystko to przez totalny zawrotny przypadek. Planowałam podróż na Bliski Wschód albo do Kazachstanu, kiedy mój znajomy Paweł sprzedał mi cynk, że jest Polka w Meksyku, która szuka ludzi do pracy w hostelu tylko na miesiąc. Nigdy nie widziałam siebie w Meksyku, a teraz z każdym dniem widzę się tu bardziej i bardziej. Znając mnie, to pewnie czułabym się tak w połowie miejsc na świecie, ale cieszę się, że przypadek rzucił mnie właśnie tutaj.

czwartek, 8 września 2011

Panza llena corazon contento 2 feat.

Mój polski zapał i pasja w meksykańskich kuchennych przygodach zaczęły się udzielać i rozprzestrzeniać niczym najpiękniejsza z plag. Dlatego w dzisiejszym odcinku więcej będzie specjalnych udziałów gości niż moich własnych dokonań. Ludzie wokół tak cudownie podchwycili kulinarny temat, że gram tym razem rolę czysto drugoplanową. Co raduje moje serce, duszę, a przede wszystkim żołądek.

Odcinek drugi zaczynamy od… XYZ… od literki B. B jak Banan. Bo oprócz wszystkich przepięknych owoców, w jakie bogaty jest nasz okoliczny targ, to właśnie Banan króluje tu niepodzielnie. Nie ma tu wprawdzie tak wielu rodzajów bananów jak na przykład w Azji, ale Meksykanie mają na niego wiele ciekawszych sposobów niż tradycyjnie polski „banan i bułka” a la Adam Małysz. Na każdym rogu sprzedaje się tu pieczone banany, zazwyczaj z dodatkiem tłustej ciastowej laseczki, której nazwy w Polsce nie znam, ale nazwa taka istnieje i błaga o przypomnienie. Laseczkę ową można ją dostać w Polsce w postaci słodkiego kółeczka, które zawsze dodawane były do pączka na dyskotekach szkolnych w podstawówce. Tu nazywa się to churros i podobno w składnikach też ma to śladową ilość banana, ale jej nie czuć – czuć tylko tłuszcz. No ale ja nie o tym. Pieczenie banana odkrywa zupełnie inną jego jakość. Jakość, którą bez wahania można nazwać niebem w gębie. Nie spożywam już bananów w innej wersji niż w wersji na gorąco.


wtorek, 6 września 2011

Ukręcone kurze łby, moje zdolności wokalne i dom Jose Luisa - czyli magia Chiapas

Kościół w San Juan Chamula, pół godzinki drogi collectivo od San Crisobal, pamiętam jeszcze z zajęć na Cesli. Mówiliśmy o nim jako przykładzie synkretyzmu religijnego w Meksyku. Synkretyzm kulturowy to zjawisko na tyle typowe dla całej Ameryki Łacińskiej, że na studiach mieliśmy cały przedmiot właśnie na ten temat. Większość tematów dotyczyła Meksyku i Gwatemali, bo rzeczywiście o synkretyzm potyka się tu na każdym kroku. Święta katolickie często nakładają się czasowo na dawne obrzędy indiańskie, a ich obchody zawierają elementy zarówno europejskie, jak i miejscowe. Czasem był to celowy zabieg kościoła, który chciał uczynić chrześcijaństwo mniej ciężkostrawnym dla Indian. Czasem to Indianie dokładali do tradycji kościelnych swoje własne rytuały. Dziś Indianie już często sami nie wiedzą, który element ich kultury pochodzi z tradycji kościelnej, a który z tradycji prekolumbijskiej. Zapytani o genezę poszczególnych rytuałów, odpowiadają, że to „costumbre” (zwyczaj).

poniedziałek, 5 września 2011

Spotkanie dwóch światów

Na mój piękny targ codziennie zjeżdżają się Indianie z okalających San Cristobal górskich wiosek. Gdy wyjeżdża się z San Cristobal małymi busikami – collectivos - zawsze jedzie się busem pełnym Indian w tradycyjnych strojach.  Z 33 plemion Majów żyjących na terenie Meksyku, Gwatemali, Belize, Hondurasu, w stanie Chiapas, w którym leży San Cristobal, żyje ich 11. Niektóre z nich jeszcze 50 lat temu żyły prawie totalnie odizolowane od świata w zaciszu górskich puszcz, bronione przez hordy owadów, węży, błot, gąszczy i innych nieprzyjemności. Wydaje się często, że spotkanie z Indianami, spotkanie dwóch światów to Kolumb i konkwista, ale tak naprawdę dzieje się to cały czas. Spotkana tutaj w hostelu Brazylijka pracowała w rządowej organizacji z ludźmi, którzy dowiedzieli o świecie zewnętrznym dopiero w latach siedemdziesiątych XXw.

niedziela, 4 września 2011

Panza llena corazon contento

Meksyk to rzeczywiście kraj, który jest więcej i bardziej. A już szczególnie, jeśli chodzi o jedzenie. Jestem już tu ponad dwa tygodnie, a codziennie dowiaduję się o jakiejś niesamowitej „typowej” meksykańskiej potrawie, o której nie miałam pojęcia. Codziennie próbuję czegoś nowego. Codziennie ogłaszam coś moim sensem życia lub nową ulubioną rzeczą ever. Potem zaś okazuje się, że każda z tych rzeczy ma swoich pięćdziesiąt wariantów. Mój kolega Maciek na pożegnalno-urodzinowym ognisku dzień przed wyjazdem życzył mi, żebym wróciła z Meksyku dokładnie w takim stanie, jak teraz stoję. Chodziło mu o to, żebym wróciła z kompletem organów wewnętrznych. Ja zaś od razu pomyślałam o nadprogramowych kilogramach, które narosną na mojej szakirnej sylwetce po skosztowaniu niezliczonych (dosłownie) meksykańskich pyszności.

piątek, 2 września 2011

Monte Alban i droga do i od niego

Jak wiadomo, Meksyk obfituje turystycznie w wiele ruin z epoki prekolumbijskiej, które trzeba zobaczyć. Wydawać by się mogło, że kolejne i kolejne ruiny mogą nużyć, ale tak się nie dzieje. Ruiny nie tylko u mnie wywołują latynoamerykanistyczne orgazmy. Wielu podróżników, których tu spotykam, ma wciąż ochotę na więcej. We wszystkich tych miejscach unosi się bowiem aura niezwykłości i genialności, która z każdym odwiedzanym miejscem zachwyca jeszcze bardziej. Indianie z tego obszaru przed przybyciem Cortesa nie znali ani koła, ani żadnych zwierząt pociągowych. Wszystkie te niesamowite budowle stworzyli własnymi rękami, na własnych barkach.

Z Jesusem odwiedziliśmy Monte Alban – niesamowite miasto prekolumbijskie, które leży pół godzinki drogi od Oaxaki. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że odcięto niejako kawałek góry i z kamieni, które w ten sposób uzyskano, zbudowano miasto. Pod miastem zaś znajduje się system podziemnych korytarzy. Korytarze te nie były znane pospolitemu mieszkańcowi Monte Alban, służyły bowiem magicznym sztuczkom duchownych. Duchowny taki stał sobie w najlepsze przy boisku do gry w pelotę, gdy tu nagle hop-siup pojawia się zadziwionej gawiedzi na szczycie jakiejś odległej piramidy. Korytarze służyły do budowania duchownego „szacunu” wśród plebsu, ale także to innych bardziej praktycznych oraz także tych niepraktycznych celów. Znajomy Jesusa bada ruiny Monte Alban i podejrzewa, że korytarze te ze wszystkimi swoimi wyjściami tworzyły swego rodzaju flet. Przy bardziej zawiłej pogodzie korytarze wydobywają z siebie bowiem dźwięki i według znajomego badacza są to dźwięki nieprzypadkowe. Tak jak nieprzypadkowo krzywo zostało zbudowane w Monte Alban obserwatorium astronomiczne. Wszystkie budynki ustawione są pod tym samym kątem, a jedynie obserwatorium jak na złość zupełnie na opak.