środa, 31 sierpnia 2011

Człowiek, którego w Oaxace każdy zna

Stolica stanu Oaxaca to dość duże miasto, ja jednak czuję się tu jak w małym miasteczku. Nie ma tu prawie żadnych sieciówek, żadnego 7eleven jak na każdym rogu w stolicy, nie ma supermarketów Oxxo co 100 metrów. McDonalds jest gdzieś na jakimś szarym peryferium. Planowano wybudować jeden przy Zocalo (na cześć głównego placu w Meksyku, nazywa się teraz tak główny plac w każdym mieście w Meksyku), ale Francisco Toledo się nie zgodził, a za nim nie zgodziła się reszta mieszkańców. Francisco Toledo to jedna z wielu znanych postaci, którymi może poszczycić się Oaxaca. Ale w odróżnieniu od Benito Juareza (jego imię nosi tu każda podstawówka), Porfiria Diaza czy Rufina Tamaya, Francisco Toledo jeszcze żyje. I robi niesamowicie dużo dla miasta.

CaSa czyli Centro de las Artes de San Agustin to położona pół godziny od miasta szkoła artystyczna założona przez Francisca Toledę. Od pięciu lat, czyli od czasu założenia szkoły, studiują tam uzdolnieni w różnych dziedzinach artyści z całego świata. Oprócz solidnej edukacji dostają oni także dach nad głową, pełne wyżywienie oraz wszelkie potrzebne materiały. Sama szkoła też wygląda niebagatelnie. Położona na wzgórzu, w dawnej fabryce tekstyliów, z ciekawymi rozwiązaniami architektonicznymi, wodospadzikami zaprojektowanymi przez Toledę i niesamowitymi widokami, wygląda co najmniej jak willa w Toskanii. Wczoraj Jesus zabrał mnie tam na wycieczkę. Sam prowadzi tam od czasu do czasu warsztaty z fresku. Bardzo trudno tam się dostać, jednakże Jesus został wybrany, jako że jako jeden z niewielu zajmuje się freskiem, wykorzystując przy jego malowaniu metody prekolumbijskie. Zamiast farb stosuje naturalne barwniki, takie jak nopal czy minerały skalne. CaSa szczyci się tym, że we wszystkim, co robi, stosuje surowce ekologicznie. Sami wyrabiają ekologiczny papier, do wywoływania zdjęć stosują substancje organiczne, a cała szkoła jest jedną wielką oczyszczalnią wody, która pobiera wodę, używa ją, a wypuszcza całkowicie czystą.



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wydostana

Wydostałam się z Deefe, jednakże nie bez walki. Moją ostatnią despedidę spędziliśmy na placu Garibaldi. Plac Garibaldi to takie miejsce, na którym będąc w Meksyku trzeba spędzić co najmniej jeden wieczór. Trzeba uraczyć się micheladą w litrowym kubku, którą sprzedaje się w okolicznym sklepie przez kraty. Z takimi, ozdobionymi chilli kubkami, spacerują wszyscy (czytaj: tłumy) na placu. O jak wam dobrze – mówię do Carlosa – w Polsce nie możemy pić alkoholu na ulicy! Carlos odpowiada ze spokojem: Tutaj też nie można. Inną rozrywką na nocnym placu Garibaldi jest rażenie prądem. Ustawia się w kółeczko, łapie się za ręce, a specjalny koleś razi całe kółeczko prądem. Ot, taka zabawa. No ale główną atrakcją na placu Garibaldi są oczywiście mariachis. Zagrają dla ciebie trzy piosenki za 100 pesos (25 zł). Widzów i mariachich są całe zastępy, czasami melodie poszczególnych grupek mieszają się ze sobą i tak naprawdę nie wiadomo, czego się w danej chwili słucha. Istne szaleństwo, ten cały plac nocą.


sobota, 27 sierpnia 2011

Wy tam w Europie macie godziny, my tu mamy czas

Jak można się domyślić, jeszcze jestem w Deefe. Zaczęłam się uczyć meksykańskiego podejścia do czasu, nigdzie się nie spieszyć, cieszyć się chwilą. W ogóle im więcej podróżuję, tym dokładniej widzę, że czas jest wynalazkiem czysto europejskim. Na Saharze mówi się, że „wy tam w Europie macie godziny, my tu na pustyni mamy czas”. Metro staje sobie na 15 minut na wybranej stacji bez konkretnego powodu. Meksykańscy znajomi na pięć minut przed umówionym spotkaniem piszą sms, że spóźnią się godzinę. Jedna rzecz jest tutaj tylko na czas. Deszcz. Dokładnie o piątej, jak w zegarku, codziennie zaczyna lać. Dzisiaj nieopatrznie, dokładnie o 17.15 wysiadłam z metra. Muszę sobie ustawić jakiś alarm, budzik na tę piątą, żeby więcej się nie naciąć. Powoli uczę się meksykańskiego postrzegania czasu. Ostatnio Carlos pyta mnie o 20.30, czemu jeszcze nie wychodzę, skoro na 20.30 jestem umówiona. Ja na to, że przecież i tak się wszyscy pospóźniają. On na to, że przecież będzie Dom, a on jest Niemcem i ma wszystko jak w zegarku. Dom jest już tu wystarczająco długo – odpowiadam – zdążył się już nauczyć. I rzeczywiście spóźniłam się 25 minut i dokładnie przed lokalem, w którym się umówiliśmy, zauważyłam nadcierającego z drugiej strony Doma.

piątek, 26 sierpnia 2011

Najdziwniejsze zwierzę świata

Daniken dopatrzył się ingerencji sił kosmicznych w Meksyku nie w tym miejscu co trzeba. Bo kosmici nie przybyli do Meksyku, aby zbudować piramidy, a potem się zmyć. Kosmici żyją sobie w Meksyku w najlepsze. Nazywają się aksolotle. Aksolotl to mały przedziwny płaz ogoniasty, który ma skrzela umiejscowione na czułkach odchodzących od pyszczka. Co więcej, gdy wyjdzie na ląd może te skrzela zgubić i oddychać sobie dalej płucami. Aksolotl niemalże całe swe życie przeżywa w fazie larwalnej, co więcej może jako larwa w najlepsze rozmnażać się. Zwierzęta te są też adelofagami, co znaczy, że żywią się osobnikami tego samego gatunku. Gdy pokazuję tego jegomościa znajomym, nie wierzą, że to coś żyje na ziemi. A żyje sobie, to fakt, w różnych akwariach świata, uwielbiane przez hodowców. Naturalnie żyje jednak tylko w jednym miejscu – w jeziorze Xochimilco oraz w otaczających je kanałach, 20 km od miasta Meksyk. Jak będę już duża i zaprowadzę u siebie osiadły tryb życia, takiego aksolotla sobie sprawię w roli pupila domowego. Bo aksolotl jest zwierzątkiem wymagającym i żąda więcej uwagi i troski niż wąż Leszek, którego można zostawić na kilka tygodni w domu samopas.


czwartek, 25 sierpnia 2011

Wessana

Prawo dylatacji grawitacyjnej czasu mówi, że czas płynie wolniej w miejscach, gdzie pole grawitacyjne jest większe. Zgodnie z tym prawem w mieście Meksyk, które leży na 2240 m.n.p.m. przyciąganie jest szalenie małe i czas powinien zasuwać jak szalony. No i może na Mont Evereście, w samolocie czy na czwartym piętrze kamienicy na Targowej zasuwa. Ale tu wszystko jest na opak. Jestem tu ponad tydzień, a czuję się, jakbym była co najmniej miesiąc. I jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście ten miesiąc tu zostanę, bo nie potrafię się z tego miasta uwolnić. Wessało mnie. Zaplątało. Nie chce wypuścić. W lipcu była tu moja znajoma Gracja, miała w planie zobaczyć cały kraj, a w rezultacie została wessana przez miasto do tego stopnia, że cały czas spędziła w DF. Ja miałam jechać w poniedziałek, potem przełożyłam wyjazd na czwartek, potem na jutro, ale jakoś ten jutrzejszy wyjazd mi się jeszcze nie widzi. Najlepsze w tym całym ambarasie jest to, że codziennie mam despedidy, czyli  imprezy pożegnalne. Moje imprezy pożegnalne weszły już nam na tyle w krew, że każde wieczorne wyjście nazywamy moją despedidą. Wczoraj oblewaliśmy w pulquerii w dzielnicy Roma Norte.

Proszę państwa, oto Adam

Proszę państwa, pozwólcie, że przedstawię. Oto Adam. Adam postanowił podróżować ze mną. Adam jest indywidualistą i jest bardzo małomówny, jednakże jest niezastąpionym wsparciem i towarzystwem w podróży, mimo że jak na Adama ma trochę przykrótkie ręce i nogi;) 


środa, 24 sierpnia 2011

Najważniejsza osoba w Meksyku

Przewodnik Pascala z biblioteki na Przechodniej powiedział mi: jedź do stacji Villa Basilica,a potem idź za tłumem. Bo do Bazyliki de Guadalupe rzeczywiście ciągną tłumy. Matka Boska z Gwadelupy jest patronką Meksyku i najważniejszą osobą w kraju. Ważniejszą niż wszyscy luchadores razem wzięci, nawet do kupy z wujkiem Slimem, najbogatszym człowiekiem na świecie. 

Wszystko dlatego, że ukazała się nie komu innemu a Indianinowi – Aztekowi Juanowi Diego. Wszystko działo się w roku w 1531 roku, czyli na samym początku hiszpańskiej w Meksyku kolonizacji, a tym samym przymusowej chrystianizacji. Jak można było się domyślić Indianom wcale nie w smak było porzucanie swojej religii dla jakiejś nowej zza oceanu, więc chrześcijaństwo wtłaczano Indianom często siłowo, co powodowało wiele niezadowoleń w społeczeństwie. Jakże więc genialnie się stało, że Matka Boska ukazała się właśnie Indianinowi! I to nie Matka Boska zza oceanu, ale ich własna, indiańska Matka Boska, z nieco ciemniejszym kolorem skóry i z aztecką symboliką kwiatów, które ozdabiają wizerunek Maryi. Na przykład kwinkunks – czteropłatowy kwiat, umieszczony na obrazie powyżej łona Matki Boskiej, był u Azteków elementem porządkującym cztery strony świata, a także niebo, ziemię i podziemie. Nakładając na to filozofię chrześcijańską, wyczytano, że Maryja jest brzemienna, kwiat nad jej łonem oznacza Jezusa, który to zaprowadzi porządek na ziemi. Inny kwiat – magnolia, u Azteków był symbolem żywego serca, wyrywanego z ciała i składanego w ofierze. Patrząc na ten wizerunek Maryi rozumieli oni [Indianie] teraz, że nie muszą już nadal składać ofiar z życia ludzkiego swoim okrutnym bożkom – tłumaczy jedna z internetowych stron katolickich - Ich wiara i nadzieja chrześcijańska, dzięki ewangelizacji misjonarzy, ukierunkowana została teraz na życie nadprzyrodzone, jakie mogą uzyskać przez ofiarę Jezusa Chrystusa. Teraz wystarczająca jest już w pełni ofiara Boskiego Serca Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Viagra, cybergoci, klauni, lingwistyka i inne przyjemności

Meksyk nie przestaje mnie pozytywnie zaskakiwać, zastanawiam się, ile zachował jeszcze dla mnie w zanadrzu i czy będzie jak róg obfitości i nigdy się nie skończy, to „Mexico Magico”. Nawet najgorsze w przeczuciu rzeczy zmieniają się w pozytywne niespodzianki. Tak było między innymi z najdziwniejszym piwem w życiu, na które namówił mnie Dom. Nazywa się równie przedziwnie – Viagra. Najdziwniejszy bez wątpienia jest  jednak przepis:
 

sobota, 20 sierpnia 2011

Lucha libre - rozrywka w czystej postaci

Ela – moja hostka z Couch Surfingu, Polka, która mieszka w Meksyku 2 lata  - zaraz po moim przyjeździe do Meksyku zapytała, czy lubię niespodzianki. Bo ma plan na piątkowy wieczór. Poleciła mi nie brać aparatu, bo „tam, gdzie idziemy nie można robić zdjęć” i żebym ubrała się schludnie, bo okolica, do której idziemy, jest nieciekawa. Zarówno Ela, jak i jej znajome (bo wypad był wyjątkowo babskim – było nas sześć bab) do ostatniej chwili trzymały wszystko w tajemnicy. Sprawa wyjaśniła się dopiero, gdy dotarłyśmy pod Arena Mexico.

Arena Mexico to bowiem miejsce, gdzie odbywają się najważniejsze wydarzenia lucha libre. Ela mówi, że Meksykanie mają trzy świętości: lucha libre, futbol i Matkę Boską z Gwadelupy. Każdy ma swojego ulubionego luchadora, tak jak ma się ulubioną drużynę piłkarską. Ale zamiast fanowskich szalików, ubiera się maskę swojego luchadora. Chyba każden jeden dzieciak w Arena Mexico paradował wczoraj w takiej masce.

piątek, 19 sierpnia 2011

Uffff! Powietrza!

Nie wiem, co ten Woodstock w sobie ma, że tak często wraca w mych myślach i skojarzeniach. Otóż właśnie wróciłam do domu po dniu łażenia po Meksyku i jestem zakurzona jak po kilku dniach woodstockowego szaleństwa. Mam kurz w uszach, oczach, nosie, włosach. Czasem może go nie widać, ale woda, która ze mnie spływa pod prysznicem, mówi swoje. Zapewne wszyscy słyszeliście o słynnym meksykańskim smogu i o zanieczyszczeniu powietrza w mieście. Nie dość, że ogromne miasto to ogromna ilość samochodów, to jeszcze na dodatek Deefe (jak tu nazywa się miasto Meksyk) położone jest w niecce, jest otoczone górami, więc wszystkim spalinom trudno się wydostać gdzieś dalej. Poza tym miasto położone jest bardzo wysoko – na 2240 m.n.p.m. (o czym dowiedziałam się dopiero dzisiaj) i swoją drogą zawartość powietrza w powietrzu jest dość niska. I rzeczywiście, na początku myślałam, że to moje okulary przeciwsłoneczne są brudne, ale potem okazało się, że powietrze w tym mieście ma taki właśnie szarobury kolor. Gdy wjedzie się na najwyższy punkt obserwacyjny w centrum czyli wieżę Torre Latinoamericana, nawet przy dobrej pogodzie widok na Meksyk w pewnej odległości rozmywa się w szarym pyle.


Ale Meksyk!

No i jestem w Meksyku. Wciąż w to jeszcze nie wierzę. O siódmej wieczorem jeszcze lotniskowy polski żul wieszczył nam na lotnisku Okęcie, a już o 5.30 rano byłam na innym kontynencie (-7 godzin w plecy jeszcze krócej ta cała podróż trwała). Nie tak to się powinno odbywać! Podróż powinna być świadomą drogą, a nie hop-siup taką teleportacją. Ma to oczywiście też swoje plusy dodatnie, ale sprawia, że jestem tu totalnie skołowana i nieprzytomna. Z resztą z tym stanem ducha idealnie pasuję do tego szalonego miasta. Bo -  nie wiem, czy wiecie, że to wielkie ponad 20-milionowe miasto trzęsie się w posadach. Żaden prawie budynek nie stoi tu prosto. Teren ten, kiedy przybył tu Cortes, był jednym wielkim jeziorem. Tenochtitlan był położony na małych wysepkach na jeziorze Texcoco i wyglądał jako rzecze obrazek: