niedziela, 9 października 2011

La gente pasa y pasa

Tuż przy stacji autobusowej ADO, w centrum San Cristobal de las Casas, przebiega droga zwana Panamericaną. Panamericana na swych 25 tysiącach kilometrów łączy Alaskę z Patagonią i biegnie przez całą długość obu Ameryk. Ten monstrualny pomysł to tak naprawdę nie jakaś inwestycja na skalę światową, ale połączenie dróg krajowych, które w sumie dają twór tak imponujący i inspirujący jak Panamericana. Droga przy całej swej zamierzonej ciągłości przerywa się w jednym odcinku – zwanym Darien Gap, znajdującym się między Panamą i Kolumbią. Wojtek Cejrowski próbował zrobić w jednej ze swych książek z Darien Gap jakąś międzynarodową tajemnicę i snuł opowieści o zdezorientowanych motocyklistach, którzy tak się rozpędzali z Alaski, że utykali w błotach Darien, gdy nagle i niespodziewanie skończyła im się twarda nawierzchnia Panamericany. Darien Gap żadnym zaskoczeniem dla nikogo jednak nie jest i w każdym opracowaniu na temat Panamericany, nawet tym wikipediowym, zawsze znajduje się wzmianka o tym, że droga urywa się na tym odcinku. Z resztą nie tylko Panamericana się tam przerywa, ale urywają się wszelkie drogi i żeby dostać się z Panamy do Kolumbii trzeba posiłkować się transportem wodnym lub powietrznym. Mimo tego, że Darien Gap psuje wszelką posuwistość i opływowość drogi, Panamericana jest wciąż inspiracją dla setek podróżników.

czwartek, 22 września 2011

Dlaczego nie było mnie na blogu - część 2

Jeden z popularniejszych meksykańskich filmów ostatniego dziesięciolecia „Y tu mama tambien” („I twoją matkę też”) to film drogi, drogi ze stolicy Meksyku na wybrzeże Pacyfiku. Dwóch rozpuszczonych, zachłyśniętych własną młodością chłopaczków (w tych rolach dwaj najbardziej znani meksykańscy aktorzy młodego pokolenia: Gael Garcia Bernal i Diego Luna), żeby zaimponować nowo poznanej bratowej – atrakcyjnej i dojrzałej Hiszpance, opowiadają, że wybierają się na plażę, której nazwę wymyślają na poczekaniu. Mówią, że Puerto Escondido jest przereklamowane, że wszyscy tam jeżdżą (mimo że ten raj surferów uchodzi za mniej turystyczną alternatywę dla kurortów typu Acapulco). Oni zaś jadą na plażę, gdzie nie ma nikogo poza rybakami. Wymyślona przez nich nazwa to Boca del Cielo czyli Usta Nieba, co można przetłumaczyć na Bramę Niebios. Nie podejrzewają, że piękna Hiszpanka podejmie spontaniczną decyzję, żeby pojechać tam z nimi.

Rozgrzani młodzieńczymi hormonami chłopcy nie mogą przepuścić takiej okazji, mimo że doskonale wiedzą, że taka plaża nie istnieje. Spalony meksykańską trawą kumpel tłumaczy im, jak dotrzeć na jakąś piękną plażę, jednakże jego odmienny stan świadomości każe wierzyć widzom, że cała nasza trójka tam nigdy nie dotrze. Po wielu perturbacjach jakże typowych dla filmów drogi w środku nocy nasza trójka skręca w jakąś boczną drogę i samochód utyka w piachu. Gdy budzą się rano okazuje się, że znaleźli się przypadkiem na plaży. Spotkani potem rybacy mówią, że zaraz obok znajduje się piękna plaża. Która nazywa się nie inaczej jak Boca del Cielo. Boca del Cielo istnieje w rzeczywistości i znajduje się w stanie Chiapas, trzy i pół godziny samochodem od San Cristobal. Tyle że bohaterowie filmu ani ekipa realizacyjna tam nie dotarli, Boca del Cielo było grane w filmie przez Cacalutę – plażę w Oaxace.

środa, 21 września 2011

Dlaczego nie było mnie na blogu - część 1.

Przepraszam za tę skandaliczną zaległość w moich meksykańskich raportach. Czas tym razem popłynął zawrotnie szybko. Może to dlatego, że poczułam się tu wreszcie jak w domu. Każde wyjście z domu (tfu, z hostelu:)) wciąż jeszcze odbywa się w moim wydaniu z szeroko otwartymi ustami i oczami, wciąż nie przestaję się dziwić i zachwycać, jednakże czuję się tu już jak u siebie. Już dawno zapomniałam o chustce na głowie, o „uniforme de seguridad”, często zapominam o makijażu. Mam już swojego sprzedawcę warzyw i ulubiony wózek z hamburgerami, który wyłania się z bramy po zmroku. Ruchem ręki pozdrawiam Troya – mojego prywatnego piercera, gdy wychodzi przed studio złapać trochę słońca. W knajpce Revolucion, gdzie spędzam prawie każdy wolny wieczór, do tego stopnia, że nie pytam już, gdzie dzisiaj idziemy, tylko gdzie idziemy, jak zamkną Revolucion, widzę codziennie te same twarze. Wymknęło mi się nawet raz, że fajnie byłoby mieć dwa życia. Jedno na Polskę, a drugie na Meksyk. A wszystko to przez totalny zawrotny przypadek. Planowałam podróż na Bliski Wschód albo do Kazachstanu, kiedy mój znajomy Paweł sprzedał mi cynk, że jest Polka w Meksyku, która szuka ludzi do pracy w hostelu tylko na miesiąc. Nigdy nie widziałam siebie w Meksyku, a teraz z każdym dniem widzę się tu bardziej i bardziej. Znając mnie, to pewnie czułabym się tak w połowie miejsc na świecie, ale cieszę się, że przypadek rzucił mnie właśnie tutaj.

czwartek, 8 września 2011

Panza llena corazon contento 2 feat.

Mój polski zapał i pasja w meksykańskich kuchennych przygodach zaczęły się udzielać i rozprzestrzeniać niczym najpiękniejsza z plag. Dlatego w dzisiejszym odcinku więcej będzie specjalnych udziałów gości niż moich własnych dokonań. Ludzie wokół tak cudownie podchwycili kulinarny temat, że gram tym razem rolę czysto drugoplanową. Co raduje moje serce, duszę, a przede wszystkim żołądek.

Odcinek drugi zaczynamy od… XYZ… od literki B. B jak Banan. Bo oprócz wszystkich przepięknych owoców, w jakie bogaty jest nasz okoliczny targ, to właśnie Banan króluje tu niepodzielnie. Nie ma tu wprawdzie tak wielu rodzajów bananów jak na przykład w Azji, ale Meksykanie mają na niego wiele ciekawszych sposobów niż tradycyjnie polski „banan i bułka” a la Adam Małysz. Na każdym rogu sprzedaje się tu pieczone banany, zazwyczaj z dodatkiem tłustej ciastowej laseczki, której nazwy w Polsce nie znam, ale nazwa taka istnieje i błaga o przypomnienie. Laseczkę ową można ją dostać w Polsce w postaci słodkiego kółeczka, które zawsze dodawane były do pączka na dyskotekach szkolnych w podstawówce. Tu nazywa się to churros i podobno w składnikach też ma to śladową ilość banana, ale jej nie czuć – czuć tylko tłuszcz. No ale ja nie o tym. Pieczenie banana odkrywa zupełnie inną jego jakość. Jakość, którą bez wahania można nazwać niebem w gębie. Nie spożywam już bananów w innej wersji niż w wersji na gorąco.


wtorek, 6 września 2011

Ukręcone kurze łby, moje zdolności wokalne i dom Jose Luisa - czyli magia Chiapas

Kościół w San Juan Chamula, pół godzinki drogi collectivo od San Crisobal, pamiętam jeszcze z zajęć na Cesli. Mówiliśmy o nim jako przykładzie synkretyzmu religijnego w Meksyku. Synkretyzm kulturowy to zjawisko na tyle typowe dla całej Ameryki Łacińskiej, że na studiach mieliśmy cały przedmiot właśnie na ten temat. Większość tematów dotyczyła Meksyku i Gwatemali, bo rzeczywiście o synkretyzm potyka się tu na każdym kroku. Święta katolickie często nakładają się czasowo na dawne obrzędy indiańskie, a ich obchody zawierają elementy zarówno europejskie, jak i miejscowe. Czasem był to celowy zabieg kościoła, który chciał uczynić chrześcijaństwo mniej ciężkostrawnym dla Indian. Czasem to Indianie dokładali do tradycji kościelnych swoje własne rytuały. Dziś Indianie już często sami nie wiedzą, który element ich kultury pochodzi z tradycji kościelnej, a który z tradycji prekolumbijskiej. Zapytani o genezę poszczególnych rytuałów, odpowiadają, że to „costumbre” (zwyczaj).

poniedziałek, 5 września 2011

Spotkanie dwóch światów

Na mój piękny targ codziennie zjeżdżają się Indianie z okalających San Cristobal górskich wiosek. Gdy wyjeżdża się z San Cristobal małymi busikami – collectivos - zawsze jedzie się busem pełnym Indian w tradycyjnych strojach.  Z 33 plemion Majów żyjących na terenie Meksyku, Gwatemali, Belize, Hondurasu, w stanie Chiapas, w którym leży San Cristobal, żyje ich 11. Niektóre z nich jeszcze 50 lat temu żyły prawie totalnie odizolowane od świata w zaciszu górskich puszcz, bronione przez hordy owadów, węży, błot, gąszczy i innych nieprzyjemności. Wydaje się często, że spotkanie z Indianami, spotkanie dwóch światów to Kolumb i konkwista, ale tak naprawdę dzieje się to cały czas. Spotkana tutaj w hostelu Brazylijka pracowała w rządowej organizacji z ludźmi, którzy dowiedzieli o świecie zewnętrznym dopiero w latach siedemdziesiątych XXw.

niedziela, 4 września 2011

Panza llena corazon contento

Meksyk to rzeczywiście kraj, który jest więcej i bardziej. A już szczególnie, jeśli chodzi o jedzenie. Jestem już tu ponad dwa tygodnie, a codziennie dowiaduję się o jakiejś niesamowitej „typowej” meksykańskiej potrawie, o której nie miałam pojęcia. Codziennie próbuję czegoś nowego. Codziennie ogłaszam coś moim sensem życia lub nową ulubioną rzeczą ever. Potem zaś okazuje się, że każda z tych rzeczy ma swoich pięćdziesiąt wariantów. Mój kolega Maciek na pożegnalno-urodzinowym ognisku dzień przed wyjazdem życzył mi, żebym wróciła z Meksyku dokładnie w takim stanie, jak teraz stoję. Chodziło mu o to, żebym wróciła z kompletem organów wewnętrznych. Ja zaś od razu pomyślałam o nadprogramowych kilogramach, które narosną na mojej szakirnej sylwetce po skosztowaniu niezliczonych (dosłownie) meksykańskich pyszności.

piątek, 2 września 2011

Monte Alban i droga do i od niego

Jak wiadomo, Meksyk obfituje turystycznie w wiele ruin z epoki prekolumbijskiej, które trzeba zobaczyć. Wydawać by się mogło, że kolejne i kolejne ruiny mogą nużyć, ale tak się nie dzieje. Ruiny nie tylko u mnie wywołują latynoamerykanistyczne orgazmy. Wielu podróżników, których tu spotykam, ma wciąż ochotę na więcej. We wszystkich tych miejscach unosi się bowiem aura niezwykłości i genialności, która z każdym odwiedzanym miejscem zachwyca jeszcze bardziej. Indianie z tego obszaru przed przybyciem Cortesa nie znali ani koła, ani żadnych zwierząt pociągowych. Wszystkie te niesamowite budowle stworzyli własnymi rękami, na własnych barkach.

Z Jesusem odwiedziliśmy Monte Alban – niesamowite miasto prekolumbijskie, które leży pół godzinki drogi od Oaxaki. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że odcięto niejako kawałek góry i z kamieni, które w ten sposób uzyskano, zbudowano miasto. Pod miastem zaś znajduje się system podziemnych korytarzy. Korytarze te nie były znane pospolitemu mieszkańcowi Monte Alban, służyły bowiem magicznym sztuczkom duchownych. Duchowny taki stał sobie w najlepsze przy boisku do gry w pelotę, gdy tu nagle hop-siup pojawia się zadziwionej gawiedzi na szczycie jakiejś odległej piramidy. Korytarze służyły do budowania duchownego „szacunu” wśród plebsu, ale także to innych bardziej praktycznych oraz także tych niepraktycznych celów. Znajomy Jesusa bada ruiny Monte Alban i podejrzewa, że korytarze te ze wszystkimi swoimi wyjściami tworzyły swego rodzaju flet. Przy bardziej zawiłej pogodzie korytarze wydobywają z siebie bowiem dźwięki i według znajomego badacza są to dźwięki nieprzypadkowe. Tak jak nieprzypadkowo krzywo zostało zbudowane w Monte Alban obserwatorium astronomiczne. Wszystkie budynki ustawione są pod tym samym kątem, a jedynie obserwatorium jak na złość zupełnie na opak.


środa, 31 sierpnia 2011

Człowiek, którego w Oaxace każdy zna

Stolica stanu Oaxaca to dość duże miasto, ja jednak czuję się tu jak w małym miasteczku. Nie ma tu prawie żadnych sieciówek, żadnego 7eleven jak na każdym rogu w stolicy, nie ma supermarketów Oxxo co 100 metrów. McDonalds jest gdzieś na jakimś szarym peryferium. Planowano wybudować jeden przy Zocalo (na cześć głównego placu w Meksyku, nazywa się teraz tak główny plac w każdym mieście w Meksyku), ale Francisco Toledo się nie zgodził, a za nim nie zgodziła się reszta mieszkańców. Francisco Toledo to jedna z wielu znanych postaci, którymi może poszczycić się Oaxaca. Ale w odróżnieniu od Benito Juareza (jego imię nosi tu każda podstawówka), Porfiria Diaza czy Rufina Tamaya, Francisco Toledo jeszcze żyje. I robi niesamowicie dużo dla miasta.

CaSa czyli Centro de las Artes de San Agustin to położona pół godziny od miasta szkoła artystyczna założona przez Francisca Toledę. Od pięciu lat, czyli od czasu założenia szkoły, studiują tam uzdolnieni w różnych dziedzinach artyści z całego świata. Oprócz solidnej edukacji dostają oni także dach nad głową, pełne wyżywienie oraz wszelkie potrzebne materiały. Sama szkoła też wygląda niebagatelnie. Położona na wzgórzu, w dawnej fabryce tekstyliów, z ciekawymi rozwiązaniami architektonicznymi, wodospadzikami zaprojektowanymi przez Toledę i niesamowitymi widokami, wygląda co najmniej jak willa w Toskanii. Wczoraj Jesus zabrał mnie tam na wycieczkę. Sam prowadzi tam od czasu do czasu warsztaty z fresku. Bardzo trudno tam się dostać, jednakże Jesus został wybrany, jako że jako jeden z niewielu zajmuje się freskiem, wykorzystując przy jego malowaniu metody prekolumbijskie. Zamiast farb stosuje naturalne barwniki, takie jak nopal czy minerały skalne. CaSa szczyci się tym, że we wszystkim, co robi, stosuje surowce ekologicznie. Sami wyrabiają ekologiczny papier, do wywoływania zdjęć stosują substancje organiczne, a cała szkoła jest jedną wielką oczyszczalnią wody, która pobiera wodę, używa ją, a wypuszcza całkowicie czystą.



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wydostana

Wydostałam się z Deefe, jednakże nie bez walki. Moją ostatnią despedidę spędziliśmy na placu Garibaldi. Plac Garibaldi to takie miejsce, na którym będąc w Meksyku trzeba spędzić co najmniej jeden wieczór. Trzeba uraczyć się micheladą w litrowym kubku, którą sprzedaje się w okolicznym sklepie przez kraty. Z takimi, ozdobionymi chilli kubkami, spacerują wszyscy (czytaj: tłumy) na placu. O jak wam dobrze – mówię do Carlosa – w Polsce nie możemy pić alkoholu na ulicy! Carlos odpowiada ze spokojem: Tutaj też nie można. Inną rozrywką na nocnym placu Garibaldi jest rażenie prądem. Ustawia się w kółeczko, łapie się za ręce, a specjalny koleś razi całe kółeczko prądem. Ot, taka zabawa. No ale główną atrakcją na placu Garibaldi są oczywiście mariachis. Zagrają dla ciebie trzy piosenki za 100 pesos (25 zł). Widzów i mariachich są całe zastępy, czasami melodie poszczególnych grupek mieszają się ze sobą i tak naprawdę nie wiadomo, czego się w danej chwili słucha. Istne szaleństwo, ten cały plac nocą.


sobota, 27 sierpnia 2011

Wy tam w Europie macie godziny, my tu mamy czas

Jak można się domyślić, jeszcze jestem w Deefe. Zaczęłam się uczyć meksykańskiego podejścia do czasu, nigdzie się nie spieszyć, cieszyć się chwilą. W ogóle im więcej podróżuję, tym dokładniej widzę, że czas jest wynalazkiem czysto europejskim. Na Saharze mówi się, że „wy tam w Europie macie godziny, my tu na pustyni mamy czas”. Metro staje sobie na 15 minut na wybranej stacji bez konkretnego powodu. Meksykańscy znajomi na pięć minut przed umówionym spotkaniem piszą sms, że spóźnią się godzinę. Jedna rzecz jest tutaj tylko na czas. Deszcz. Dokładnie o piątej, jak w zegarku, codziennie zaczyna lać. Dzisiaj nieopatrznie, dokładnie o 17.15 wysiadłam z metra. Muszę sobie ustawić jakiś alarm, budzik na tę piątą, żeby więcej się nie naciąć. Powoli uczę się meksykańskiego postrzegania czasu. Ostatnio Carlos pyta mnie o 20.30, czemu jeszcze nie wychodzę, skoro na 20.30 jestem umówiona. Ja na to, że przecież i tak się wszyscy pospóźniają. On na to, że przecież będzie Dom, a on jest Niemcem i ma wszystko jak w zegarku. Dom jest już tu wystarczająco długo – odpowiadam – zdążył się już nauczyć. I rzeczywiście spóźniłam się 25 minut i dokładnie przed lokalem, w którym się umówiliśmy, zauważyłam nadcierającego z drugiej strony Doma.

piątek, 26 sierpnia 2011

Najdziwniejsze zwierzę świata

Daniken dopatrzył się ingerencji sił kosmicznych w Meksyku nie w tym miejscu co trzeba. Bo kosmici nie przybyli do Meksyku, aby zbudować piramidy, a potem się zmyć. Kosmici żyją sobie w Meksyku w najlepsze. Nazywają się aksolotle. Aksolotl to mały przedziwny płaz ogoniasty, który ma skrzela umiejscowione na czułkach odchodzących od pyszczka. Co więcej, gdy wyjdzie na ląd może te skrzela zgubić i oddychać sobie dalej płucami. Aksolotl niemalże całe swe życie przeżywa w fazie larwalnej, co więcej może jako larwa w najlepsze rozmnażać się. Zwierzęta te są też adelofagami, co znaczy, że żywią się osobnikami tego samego gatunku. Gdy pokazuję tego jegomościa znajomym, nie wierzą, że to coś żyje na ziemi. A żyje sobie, to fakt, w różnych akwariach świata, uwielbiane przez hodowców. Naturalnie żyje jednak tylko w jednym miejscu – w jeziorze Xochimilco oraz w otaczających je kanałach, 20 km od miasta Meksyk. Jak będę już duża i zaprowadzę u siebie osiadły tryb życia, takiego aksolotla sobie sprawię w roli pupila domowego. Bo aksolotl jest zwierzątkiem wymagającym i żąda więcej uwagi i troski niż wąż Leszek, którego można zostawić na kilka tygodni w domu samopas.


czwartek, 25 sierpnia 2011

Wessana

Prawo dylatacji grawitacyjnej czasu mówi, że czas płynie wolniej w miejscach, gdzie pole grawitacyjne jest większe. Zgodnie z tym prawem w mieście Meksyk, które leży na 2240 m.n.p.m. przyciąganie jest szalenie małe i czas powinien zasuwać jak szalony. No i może na Mont Evereście, w samolocie czy na czwartym piętrze kamienicy na Targowej zasuwa. Ale tu wszystko jest na opak. Jestem tu ponad tydzień, a czuję się, jakbym była co najmniej miesiąc. I jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście ten miesiąc tu zostanę, bo nie potrafię się z tego miasta uwolnić. Wessało mnie. Zaplątało. Nie chce wypuścić. W lipcu była tu moja znajoma Gracja, miała w planie zobaczyć cały kraj, a w rezultacie została wessana przez miasto do tego stopnia, że cały czas spędziła w DF. Ja miałam jechać w poniedziałek, potem przełożyłam wyjazd na czwartek, potem na jutro, ale jakoś ten jutrzejszy wyjazd mi się jeszcze nie widzi. Najlepsze w tym całym ambarasie jest to, że codziennie mam despedidy, czyli  imprezy pożegnalne. Moje imprezy pożegnalne weszły już nam na tyle w krew, że każde wieczorne wyjście nazywamy moją despedidą. Wczoraj oblewaliśmy w pulquerii w dzielnicy Roma Norte.

Proszę państwa, oto Adam

Proszę państwa, pozwólcie, że przedstawię. Oto Adam. Adam postanowił podróżować ze mną. Adam jest indywidualistą i jest bardzo małomówny, jednakże jest niezastąpionym wsparciem i towarzystwem w podróży, mimo że jak na Adama ma trochę przykrótkie ręce i nogi;) 


środa, 24 sierpnia 2011

Najważniejsza osoba w Meksyku

Przewodnik Pascala z biblioteki na Przechodniej powiedział mi: jedź do stacji Villa Basilica,a potem idź za tłumem. Bo do Bazyliki de Guadalupe rzeczywiście ciągną tłumy. Matka Boska z Gwadelupy jest patronką Meksyku i najważniejszą osobą w kraju. Ważniejszą niż wszyscy luchadores razem wzięci, nawet do kupy z wujkiem Slimem, najbogatszym człowiekiem na świecie. 

Wszystko dlatego, że ukazała się nie komu innemu a Indianinowi – Aztekowi Juanowi Diego. Wszystko działo się w roku w 1531 roku, czyli na samym początku hiszpańskiej w Meksyku kolonizacji, a tym samym przymusowej chrystianizacji. Jak można było się domyślić Indianom wcale nie w smak było porzucanie swojej religii dla jakiejś nowej zza oceanu, więc chrześcijaństwo wtłaczano Indianom często siłowo, co powodowało wiele niezadowoleń w społeczeństwie. Jakże więc genialnie się stało, że Matka Boska ukazała się właśnie Indianinowi! I to nie Matka Boska zza oceanu, ale ich własna, indiańska Matka Boska, z nieco ciemniejszym kolorem skóry i z aztecką symboliką kwiatów, które ozdabiają wizerunek Maryi. Na przykład kwinkunks – czteropłatowy kwiat, umieszczony na obrazie powyżej łona Matki Boskiej, był u Azteków elementem porządkującym cztery strony świata, a także niebo, ziemię i podziemie. Nakładając na to filozofię chrześcijańską, wyczytano, że Maryja jest brzemienna, kwiat nad jej łonem oznacza Jezusa, który to zaprowadzi porządek na ziemi. Inny kwiat – magnolia, u Azteków był symbolem żywego serca, wyrywanego z ciała i składanego w ofierze. Patrząc na ten wizerunek Maryi rozumieli oni [Indianie] teraz, że nie muszą już nadal składać ofiar z życia ludzkiego swoim okrutnym bożkom – tłumaczy jedna z internetowych stron katolickich - Ich wiara i nadzieja chrześcijańska, dzięki ewangelizacji misjonarzy, ukierunkowana została teraz na życie nadprzyrodzone, jakie mogą uzyskać przez ofiarę Jezusa Chrystusa. Teraz wystarczająca jest już w pełni ofiara Boskiego Serca Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Viagra, cybergoci, klauni, lingwistyka i inne przyjemności

Meksyk nie przestaje mnie pozytywnie zaskakiwać, zastanawiam się, ile zachował jeszcze dla mnie w zanadrzu i czy będzie jak róg obfitości i nigdy się nie skończy, to „Mexico Magico”. Nawet najgorsze w przeczuciu rzeczy zmieniają się w pozytywne niespodzianki. Tak było między innymi z najdziwniejszym piwem w życiu, na które namówił mnie Dom. Nazywa się równie przedziwnie – Viagra. Najdziwniejszy bez wątpienia jest  jednak przepis:
 

sobota, 20 sierpnia 2011

Lucha libre - rozrywka w czystej postaci

Ela – moja hostka z Couch Surfingu, Polka, która mieszka w Meksyku 2 lata  - zaraz po moim przyjeździe do Meksyku zapytała, czy lubię niespodzianki. Bo ma plan na piątkowy wieczór. Poleciła mi nie brać aparatu, bo „tam, gdzie idziemy nie można robić zdjęć” i żebym ubrała się schludnie, bo okolica, do której idziemy, jest nieciekawa. Zarówno Ela, jak i jej znajome (bo wypad był wyjątkowo babskim – było nas sześć bab) do ostatniej chwili trzymały wszystko w tajemnicy. Sprawa wyjaśniła się dopiero, gdy dotarłyśmy pod Arena Mexico.

Arena Mexico to bowiem miejsce, gdzie odbywają się najważniejsze wydarzenia lucha libre. Ela mówi, że Meksykanie mają trzy świętości: lucha libre, futbol i Matkę Boską z Gwadelupy. Każdy ma swojego ulubionego luchadora, tak jak ma się ulubioną drużynę piłkarską. Ale zamiast fanowskich szalików, ubiera się maskę swojego luchadora. Chyba każden jeden dzieciak w Arena Mexico paradował wczoraj w takiej masce.

piątek, 19 sierpnia 2011

Uffff! Powietrza!

Nie wiem, co ten Woodstock w sobie ma, że tak często wraca w mych myślach i skojarzeniach. Otóż właśnie wróciłam do domu po dniu łażenia po Meksyku i jestem zakurzona jak po kilku dniach woodstockowego szaleństwa. Mam kurz w uszach, oczach, nosie, włosach. Czasem może go nie widać, ale woda, która ze mnie spływa pod prysznicem, mówi swoje. Zapewne wszyscy słyszeliście o słynnym meksykańskim smogu i o zanieczyszczeniu powietrza w mieście. Nie dość, że ogromne miasto to ogromna ilość samochodów, to jeszcze na dodatek Deefe (jak tu nazywa się miasto Meksyk) położone jest w niecce, jest otoczone górami, więc wszystkim spalinom trudno się wydostać gdzieś dalej. Poza tym miasto położone jest bardzo wysoko – na 2240 m.n.p.m. (o czym dowiedziałam się dopiero dzisiaj) i swoją drogą zawartość powietrza w powietrzu jest dość niska. I rzeczywiście, na początku myślałam, że to moje okulary przeciwsłoneczne są brudne, ale potem okazało się, że powietrze w tym mieście ma taki właśnie szarobury kolor. Gdy wjedzie się na najwyższy punkt obserwacyjny w centrum czyli wieżę Torre Latinoamericana, nawet przy dobrej pogodzie widok na Meksyk w pewnej odległości rozmywa się w szarym pyle.


Ale Meksyk!

No i jestem w Meksyku. Wciąż w to jeszcze nie wierzę. O siódmej wieczorem jeszcze lotniskowy polski żul wieszczył nam na lotnisku Okęcie, a już o 5.30 rano byłam na innym kontynencie (-7 godzin w plecy jeszcze krócej ta cała podróż trwała). Nie tak to się powinno odbywać! Podróż powinna być świadomą drogą, a nie hop-siup taką teleportacją. Ma to oczywiście też swoje plusy dodatnie, ale sprawia, że jestem tu totalnie skołowana i nieprzytomna. Z resztą z tym stanem ducha idealnie pasuję do tego szalonego miasta. Bo -  nie wiem, czy wiecie, że to wielkie ponad 20-milionowe miasto trzęsie się w posadach. Żaden prawie budynek nie stoi tu prosto. Teren ten, kiedy przybył tu Cortes, był jednym wielkim jeziorem. Tenochtitlan był położony na małych wysepkach na jeziorze Texcoco i wyglądał jako rzecze obrazek: